wtorek, 19 lutego 2019

Jaki owoc jest twoim ulubionym? Na dzisiejszy deser proponuję "cudze jabłka".

"Cudze jabłka"

Agnieszka Krakowiak-Kondracka


Przyznam szczerze, że autorka tej powieści nie była mi znana. Jej nazwisko nigdy nie obiło mi się o uszy", nie pojawiło na żadnym forum książkowym, na fejsbukowej grupie czy w wyszukiwarce Google. Seria "z fasonem" też nie brzmiała znajomo (dodam tylko że w jej ramach dwie powieści napisała bardziej popularna Agnieszka Olejnik)
Przyciągnęła mnie okładka.
Trylogia autorstwa Agnieszki Krakowiak-Kondrackiej stała sobie na półce w bibliotece i skupiła na sobie mój wzrok niczym zielono-pomarańczowo- czerwona tęcza. Nie będę się przecież opierać. Szkoda że limit książek na karcie pozwolił mi wypożyczyć tylko dwie, ale już niedługo, niedługo...…..

"Cudze jabłka" to powieść o Marku, Ewie i ich nastoletniej córce - Poli. Rodzina, którą można określić dobrze sytuowaną. On jest architektem, ona panią domu. Prowadzą życie o którym wielu może pomarzyć - duży dom, zagraniczne wakacje, dobra pensja męża. żyć nie umierać. Wszystko zmienia się o 180 stopni po wyjeździe do Grecji, kiedy to okazuje się że zagraniczny kontrahent oszukał głównego bohatera i zamiast zarobku piętrzy się przed nim stos długów i zobowiązań. Od tej pory wszystko wydaje się toczyć po równi pochyłej w dół. Powoli zaczyna brakować funduszy, konieczne jest dopasowywanie się do nowych okoliczności. O ile dorosłym przychodzi to z trudem, o tyle nastoletnia Pola w ogóle nie może zrozumieć co dzieje się w jej rodzinie. Pomimo że jej rodzice walczą o to, aby utrzymać swoją relację na tym samym poziomie zaangażowania w ostatecznym rozrachunku ojciec wyprowadza się z domu. Matka, która chce zapewnić córce najlepsze warunki, w tym możliwość rozwoju jej kariery pływackiej unosi się tym samym honorem i podejmuje pracę w hotelu. Ukrywa tylko, że zatrudniła się jako..... sprzątaczka.

Z opisu - nic specjalnie wielkiego. Ot, kolejna historia małżeństwa w kryzysie, który ostatecznie zostaje przezwyciężony. Niektórzy autorzy mają jednak dar, który prostą codzienną historię pozwala tak zaczarować, że po prostu wciąga. O tym, że literatura ma nam dawać nadzieję i wiarę na przyszłość pisałam już pryz okazji recenzji powieści "W promieniach szczęścia". "Cudze jabłka" zdecydowanie spełniają to kryterium. Dobrze tez ukazana jest przemiana głównej bohaterki z nieco niezorientowanej małej dziewczynki, która do tej pory funkcjonowała tylko przy mężu, poprzez sprzątaczkę, dla której ten rodzaj pracy jest hańbą, aż po kobietę, która wykształca sobie własną wartość i walczy o siebie i rodzinę.

Na docenienie zasługuje także dobre ujęcie reakcji jedenastoletniej Poli. Z jednej strony nie rozumie ona zachowania swoich rodziców (którzy maja przed sobą tajemnice, wśród których pojawiają się nieporozumienia, niedomówienia), a z drugiej - czuje i wie więcej niż można spodziewać się po tak młodej osobie. Jak sama mówi w jednym z cytatów - dorasta. Co więcej, dzieje się to na każdej kolejnej karcie powieści.
Rozwój bohaterów jest tym samym wyraźnie widoczny.

W tej historii nieco mniej jest panów. Oczywiście, mamy męża głównej bohaterki, partnera jej przyjaciółki oraz...… Wiktora, ale główną role pełnią kobiety. Może to nieco feministyczne, ale w ostatecznym rozrachunku wychodzi na dobre. Bardzo doceniam tez to, że autorka nie starała się za wszelką cenę wprowadzić do powieści wątku romansu. Relacja Ewy oraz Wiktora pozostaje na płaszczyźnie czysto przyjacielskiej, choć pewnie dla części czytelników kuszące byłoby kilka scen. Otwarcie mówię  - nie doczekacie się ich - i bardzo dobrze.

Spodobało mi się opisanie rzeczywistości hotelu. Jest wiele filmów, które pokazują jak wśród luksusów funkcjonują pokojówki, menedżerowie, zarząd, ale mało kto decyduje się na zejście na niziny (oczywiście nie mam tu na celu obrażania kogokolwiek), bo to zawsze ryzykowne i można narazić się na zarzuty dyskryminacji. Autorka tymczasem opisuje rzeczywistość tej grupy z wyczuciem i wyważeniem, nie szczędząc jednak rzeczywistych opisów zachowania gości, w tym ich agresji wobec obsługi czy nieco stereotypowego rujnowania pokoi. Poza tym, to nie miał być przecież reportaż o funkcjonowaniu sprzątaczek tylko powieść obyczajowa.

Zabrakło mi nieco jakiegoś momentu kulminacyjnego. Nie chodzi oczywiście o spektakularne fajerwerki, ale czegoś co nadałoby tej okładkowej zieleni nieco więcej szmaragdowego blasku. Tymczasem historia jest po prostu.... dobra.
Pewnie też taka miała być.
W końcu pokazuje życie, a ono jest przede wszystkim prawdziwe. Nie czarne. Nie białe. Są w nim pozytywne i negatywne emocje, ale dla większości z nas jest po prostu przeciętne. I to ukazuje książka - codzienne funkcjonowanie, śmiech, łzy, radość, smutek. Bez większych emocji, szoków czy wymuszonej fabuły. Tutaj nikt nie pakuje walizek i nie decyduje się z dnia na dzień na weekendowy wypad na ośmiotysięcznik ( o tym: tutaj)  :D :D

poniedziałek, 11 lutego 2019

słów kilka o tym jak mozna się wygrzać "w promieniach szczęścia"

W promieniach szczęścia. 

Agata Przybyłek



Styczniowa pogoda nas nie rozpieszcza. Pomimo, że coraz częściej promienie słońca przebijają się przez zachmurzone niebo rażąc w oczy i stymulując organizmy do produkcji witaminy D to jednak pamiętać trzeba, że nadal mamy zimę.

Biorąc to pod uwagę, chwytam się niemal wszystkich sposobów, aby poprawić sobie humor - przynajmniej ten wewnętrzny. Ksiązki Agaty Przybyłek stanowią niezastąpiony środek zaradczy na wszelkie niepogody i życiowe zawirowania, więc jaką inna lekturę mogłam wybrać na "zaziębiony" lutowy weekend?

"W promieniach szczęścia" to drugi tom serii "Bądź przy mnie zawsze". Ta część serii opowiada historię Łucji oraz Justyny, a także ich partnerów - odpowiednio Łukasza i Filipa. Brzmi banalnie? Macie wrażenie, że już gdzieś słyszeliście taką historię? Mylicie się.

W pierwszej kolejności trzeba zaznaczyć, że pomimo iż historia koncetruje się wokół dwóch bardzo młodych dziewczyn, nie oznacza to bynajmniej, że nie zostały już one doświadczone przez życie. Jedna z nich ukrywa sekret, który niszczy jej życie i z którym stara się sobie radzic na kolejnych kartach powieści. Dzięki temu, opowieść stanowi niejako jej spowiedź, wyznanie. Druga, miała jasno sprecyzowany plan na życie, marzenia, ambicje. Niestety, przewrotny los sprawił że musiała z nich zrezygnować i dostosować się do rzeczywistości. I choć wielokrotnie twierdzi, że niczego nie  żałuje dla każdego wrażliwego czytelnika jest jasne, że nie tak wyobrażała sobie swoje życie. Nie tak również wyobrażali sobie jej przyszłość najbliżsi. 
Czy dziewczęta mimo przeciwności, smutku, żalu i traumatycznych przeżyć są w stanie odnaleźć swoje szczęście? 

Książka Agaty Przybyłek pokazuje, że definicja pojęcia "szczęście" jest dla każdego inna. Nasz los jest tylko w naszych rękach i chociaż często napotykamy na życiowe zawirowania to z odrobiną optymizmu ze wszystkim jesteśmy w stanie sobie poradzić. Nie można całe życie kierować się opinią innych, bo to nie ma nic wspólnego ze świadomym kształtowaniem swojego życia. Z pewnością też nie można nazwać "dorosłym" osoby która żyje realizując oczekiwania innych. Nie możemy dać się "popychać".

Po drugie, w powieści poruszony zostaje ważny dla każdej kobiety problem: kariera, nauka, rozwój czy dziecko, rodzina? Ciekawie opisany wątek, pokazuje że często te dwie dziedziny są nie do pogodzenia. 

Po trzecie bohaterki - złożone, dzielne - każda na swój sposób, wywodzące się z odrębnych środowisk. Na pozór kompletne przeciwieństwa, pod pierwszą warstwą mają jednak całą gamę cech wspólnych. Jedyny mój zarzut w tym zakresie sprowadza się do tego, że jedna z nich jest może nieco zbyt "kryształowa". Nie kwestionuję, że ludzie obdarzeni tak szlachetnym charakterem istnieją, ale zdecydowanie są w mniejszości. Z drugiej strony, czy literatura nie ma służyć właśnie skupieniu się na dobrych ludziach, cechach i budowaniu optymistycznego podejścia do życia? Agata Przybyłek z tego przecież właśnie słynie. 
Nieco bardziej podobni charakterologicznie są w powieści panowie, ale nie wokół nich się tu koncentrujemy.

wspomnienie zeszłorocznego majowego weekendu w Międzyzdrojach. 
Ależ tęsknię za Słońcem i ciepłem...…


Na plus zasługuje splecenie ze sobą historii Łucji i Justyny. Nie jest ono oczywiste od początku, ale od momentu, w którym niczym wątek i osnowa zaczynają tworzyć spójny materiał robi się już tylko ciekawiej i ciekawiej, a od literackich opisów i umiejętnie tworzonych zdań ciężko się oderwać. 

Zabrakło mi jednak czegoś w zakończeniu. Odniosłam przeczucie, że autorka niejako spieszy się, aby zamknąć powieść przez co trochę się ono rozmyło i było jakieś niepełne. 

Na marginesie, być może to nadinterpretacja, ale mam wrażenie, że w pewnym momencie Autorka. inspirowała się powieścią M. Majcher - "Cztery pory uczuć. Lato". Zarówno co do tematyki, jak i trochę co do opisów, ale nie traktuję tego jak minus, o świadczy jedynie o dobrej znajomości gatunku literackiego, w którego kręgu Agata Przybyłek się obraca. 

Podsumowując, kolejna udana pozycja w dorobku pisarki. Ciepła, słoneczna, sympatyczna, ale również z nutą refleksji i rozważań. Po prostu - samo życie, którego kształt w ostatecznym rachunku zależy od nas. 




poniedziałek, 4 lutego 2019

Ten "typ" tak ma i zdecydowanie jest w "kontrze" do wszystkich - "Kontratyp"

Remigiusz Mróz "Kontratyp"


Od czasu premiery "Chyłki. Zaginięcia. " chyba każdy wie kim jest ta postać literacka. Niepokorna, zbuntowana, "robiąca swoje". Co więcej, robiąca to świetnie. Mimo kłującego charakteru - wybitna.

Kolejny tom serii o Chyłce różni się nieco charakterem od pozostałych i wynika to z kilku przyczyn.


Po pierwsze - pomysł na tę część. 
Do tej pory R.M. umieszczał akcję tylko w Warszawie i okolicach. Tym razem wpadł na szalony pomysł wysłania bohaterów na zbocza Annapurny. Zupełnie jakby oderwał się od rzeczywistości. "Wiesz co, Zordon. Zarezerwowałam nam bilety na samolot. Jako romantyczny wypad wespniemy się razem na (prawie) dziewięciotysiecznik". Każdy przeciętny człowiek po takim zdaniu zostałby niechybnie umieszczony na oddziale zamkniętym, ale przecież mówimy o Chyłce. Jej wszystko ujdzie, prawda? Nawet niedorzeczny pomysł w jej przypadku zostanie zrealizowany.

Po drugie - fabuła. 

 
W miarę czytania wyraźnie widać, że ilość zakrętów, zawijasów i zwrotów akcji w każdej kolejnej książce Mroza jest coraz większa. Widać, że "Kontratyp" był pisany pomiędzy "Nieodnalezioną"  a "Nieodgadnioną". Wbrew pozorom, wcale nie wyszło mu to na złe. Wydaje ci się że coś już zrozumiałeś, załapałeś? Naiwny czytelniku. Chyłka, jak sama o sobie mówi jest "mistrzynią (intryg) klasy światowej". Niezależnie od tego jak jesteś bystry, ona zawsze jest krok do przodu. I może nieco mniej w tej części prawa, a więcej "wysokościowej" rzeczywistości, ale to tylko wzmaga ciekawość i pewnie w ten sposób skusi także nie zainteresowanych karnym i Waltosiem czytelników.
 
Po trzecie - Zordon + Chyłka.
Może pora znaleźć nazwę dla tej pary skoro już zapisała się w popkulturze? Zołka? Koryłka? Przepraszam, wykreślmy to trzecie, bo brzmi strasznie :P Osobiście optuję za "Chordonem", ponieważ brzmi jak nazwa Power-Rangersa albo Transformersa, a ten duet jest zdecydowanie żelazno-niepokonany.


Relacja niedoszłego adwokata i jego (jeszcze) patronki (w końcu egzamin wciąż przed nim) nabiera tempa. Pomiędzy docinkami, drobnymi złośliwościami, nerkowcami i tzw. "inside joke'ami" widać czułość tej dwójki. Pomimo że żadne nie chce tego pokazać wprost wszyscy wiemy, że wzajemnie się uwielbiają, a namiętność wybucha w najmniej spodziewanych momentach także i w tej części.


 To czym "Kontratyp" różni się od pozostałych to prawdziwa Czułość i Tęsknota, pisane z dużej litery. Przebijają się wyraźnie na każdej stronie na której opisana została samotna wyprawa Chyłki na Annapurnę. Pięknie i subtelnie pokazane, Bez niepotrzebnego nagromadzenia słów. Czasami milczenie i oszczędność są najlepszym środkiem jaki może zastosować autor i Remigiusz Mróz zdaje się doskonale o tym wiedzieć.

Po czwarte - tempo, dynamizm, siła i porównania.
Czyżby Remigiusz Mróz pozazdrościł Alkowi Rogozińskiemu (<3) Kontratyp obfituje w porównania, które świetnie osadzają akcje we współczesnej rzeczywistości i zdecydowanie przyspieszają czytanie oraz potrafią ubawić. W pamięć zapadł mi szczególnie jeden cytat: "Przemieliliśmy ją jak fit blogerki siemię lniane". :D Dawno się tak nie uśmiałam.

Jestem pewna, że cytat wejdzie do literackiego kanonu.

Po piąte - zakończenie. 
Chyba przyzwyczailiśmy się już, że każda część pozostawia nas z niedosytem i że NATYCHMIAST chcemy kolejnej, ale tym razem Remigiusz Mróz przeszedł samego siebie. Oczywiście nie zamierzam zdradzić w jakim suspensie pozostawił nas tym razem, ale jednego możecie być pewni. Wraz z kolejnymi przeczytanymi stronami przybliżacie się do punktu, w którym będziecie cierpieć mentalnie aż do następnego tomu.
Życie czytelnika jest cierpieniem
................................................................
Choć biorąc pod uwagę tempo pisania tego autora można stwierdzić, że zdecydowanie nie jest on sadystą. :D :D 


Podsumowując,"Kontratyp" można zasadniczo zdefiniować kilkoma słowami - szalony pomysł, który w przypadku wielu innych pisarzy zakończyłby się klapą, w tym wypadku jak zwykle został przekuty w sukces. 
Chyłka to Chyłka, a Remigiusz Mróz to Remigiusz Mróz i zestawienie tych dwóch nazwisk broni się samo. Więcej rekomendacji nie potrzeba. Zdecydowanie polecam.

P.S. Czy tylko ja czytając o Chyłce mam teraz przed oczami Magde Cielecką?

sobota, 19 stycznia 2019

wciąż tu jestem więc "Hello, world!"

Drodzy czytelnicy!

Świat zawirował. Niemal trzy tygodnie stycznia minęły w mgnieniu oka, a w czasie tych 19 dni działo się tak wiele, że nawet nie zwróciłam uwagi na to, że blog "lezy odłogiem". Do tego dochodzą jeszcze temperaturowo-pogodowe szaleństwa i człowiek zupełnie traci orientację co do dni tygodnia.

Czy tego jednak chcemy czy nie, na pogodę mamy wpływ pośrednio (tak, chodzi mi o wpływ człowieka na globalne ocieplenie, ale to temat, który pewnie poruszę przy recenzji innej książki). Tymczasem.

Dzisiaj, ponieważ nie było mnie bardzo długo, czas porządnie przywitać się po przerwie i wesoło zakrzyknąć "Hello, world!"


Moje pierwsze spotkanie z M.R. wiśniewskim. Z pewnością też nie ostatnie. Ciężko jest napisać recenzję tej powieści tak, żeby nie zdradzić jednocześnie za dużo z fabuły, bo odrywanie kolejnych warstw, dostrzeganie powiązań między bohaterami i konsekwencji jakie niosą ze sobą pozornie nic nie znaczące zdarzenia składają się na całą frajdę z czytania. Powiem tylko tyle, że z początku wydaje się, ze książka w ogóle nie stanowi całości. Kilkadziesiąt pierwszych stron wprowadza zamęt, mętlik, wydaje sie że czytamy nie związane ze sobą fragmenty. Z czasem jednak, puzzle składają się w spójny obraz, całość, która wcale nie wygląda różowo.

Wiele książek, które poruszają tematykę wszechobecnej technologii jest przerysowanych. kończą się albo cudem albo tragedią. Brak im wyważenia. Wiśniewski umiejętnie zrównoważył oba te elementy. nie daje złudnej nadziej, ale tez nie widzi przyszłości w ciemnych, katastroficznych barwach. Zachowuje obiektywizm i nie stawiając się na pozycji wszechwiedzącego autora po prostu opisuje przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zostawiając otwarte zakończenie. Ono właśnie sugeruje, że każdy z nas jest odpowiedzialny za los przyszłych pokoleń. Przyszłość dzieje się teraz. Często nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Zdecydowanie warto sięgnąć po tę pozycję w długi, ciemny, zimowy wieczór zamiast zalegać przed komputerem czy telewizorem, i słowa te kieruję zwłaszcza do młodzieży. Trochę przeraża mnie bowiem fakt, że technologia, która już tak bardzo nami rządzi będzie coraz istotniejsza w życiu, być może do momentu w którym rzeczywiście nie damy rady w ogóle bez niej funkcjonować (tutaj odsyłam z kolei do twórczości M. Elsberga - Blackout i Zero). Zmieni się język - już teraz niektóre z pojęć użytych w książce brzmiały obco i ciężko było mi się przebić przez tę "nowomowę" (jeśli wiecie do czego nawiązuję). Duży plus dla autora, który pewnie też musiał trochę wczytać się w fora internetowe, żeby móc sprawnie operować językiem Internetu.

Podobały mi się opisy przeszłości, chociaż moim zdaniem było ich mniej niż tych teraźniejszości i przyszłości. Może autor nie chciał się skupiać na tym co było. W każdym razie to przeszłość jest punktem wyjścia i nie wolno nam zapominać o tym co było. Może się bowiem okazać, że to mądrość przodków, którzy jakoś żyli bez smartwatchy czy tabletów uratuje nam w przyszłości życie. 

Hatsune Miku - zdjęcie pochodzi ze strony https://www.focus.pl/artykul/35-latek-ozenil-sie-z-hologramem-to-kolejny-krok-czegos-co-juz-trwa
Na samym końcu, w kontekście tej powieści warto jeszcze przytoczyć jedną z wiadomości na jakie ostatnio trafiłam. Pewien 35-letni mieszkaniec Tokio wziął legalny ślub z ......... hologramem - Hatsune Miku, japoński fenomenem. Takie przelewanie uczuć do wytworów cyfrowej technologii naukowcy nazwali już "digiseksualnością".

piątek, 9 listopada 2018

"Seniorzy w natarciu" czyli nawet nie wiesz do czego jest zdolna twoja babcia :)

Seniorzy w natarciu.

Catharina Ingelman - Sundberg


Słowo "senior" nieodmiennie przywodzi mi na myśl dobrotliwego staruszka lub staruszkę w okularach, na bujanym fotelu, przykrytym kocem i opowiadającego bajki gromadce wnuków. Wychowaliśmy się bowiem w kulturze, w której tak właśnie wyobraża się starszych ludzi. Książka Cathariny Ingelman - Sundberg pokazuje jednak, że starość nie musi być równoznaczna ze spędzaniem czasu w domu, na "spokojnych" rozrywkach. Okazuje się bowiem, że "seniorzy potrafią".
Po pierwsze, potrafią wpaść na szalony pomysł kradzieży, który nie przyszedłby do głowy młodszym, po drugie - w szczegółach go zaplanować, po trzecie - przeprowadzić akcję, po czwarte - zawalić akcję co do szczegółów i wplątać się w niezłą aferę, a po piąte i najważniejsze - mieć z tego tytułu mnóstwo zabawy.

Grupka pięciorga staruszków - Marty, Anny-Grety, Stiny, Grabiego i Geniusza, pod przewodnictwem tej pierwszej zmęczona warunkami panującymi w domu seniorów o wdzięcznej i zupełnie nieadekwatnej do rzeczywistości nazwie "diament" chce się "przenieść" do więzienia, w którym w ich wyobrażeniu panują świetne, o ile nie idealne warunki do życia.

Cóż, mówimy tu o Skandynawii, nie Polsce.

W tym celu bohaterowie planują "kradzież stulecia"- cennych obrazów z jednego ze skandynawskich muzeów. Po zrealizowaniu pierwszej części planu uciekają z łupem i żądają stosownego okupu. Sprawa komplikuje się, kiedy najpierw tracą skradzione obrazy, a później także i okup.

Jak już wspomniałam, książka pokazuje, że starość może być szalona. Bynajmniej nie chodzi tu o to, że z nadmiaru wolnego czasu "dziadkom odbiło", jak można by to określić w dość wulgarny i powierzchowny sposób.
Rozumowanie oraz planowanie bohaterów jest w pełni spójne, logiczne i gdyby nie nieszczęśliwy, ale jednocześnie dość zabawny splot wydarzeń wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej.
 Już sam żółty kolor okładki sugeruje nam, ze będziemy mieli do czynienia z szaloną, komiczną historią.

Podobał mi się sposób ukazania myślenia bohaterów, ich próby dopasowywania się do zmieniających się jak w kalejdoskopie okoliczności, ich "gimnastyka" celem osiągnięcia zamierzonego rezultatu. Pod tym względem można się od nich sporo nauczyć. Dobrze tez, że pojawił się w literaturze głos odbiegający od wizerunku "klasycznego", "szacownego" seniora. W końcu ile można czytać o babciach, które są tak mądre że czasem aż głowa boli. Dlaczego babcia nie może szaleć? Spójrzcie tylko na naszą polską DJ Wikę. Gdyby miała inny charakter jestem pewna, ze również z powodzeniem byłaby w stanie zaplanować napad na bank albo inny "wyskok". Może od tej pory nie mówilibyśmy już o metodzie na wnuczka, ale metodzie na babcię?

Powieść obfituje w zaskakujące zwroty akcji, jest dynamiczna dzięki czemu bardzo szybko i przyjemnie się ją czyta. Nie ma niepotrzebnego "przegadania" akcji. Z drugiej jednak strony skłania do refleksji. Po pierwsze nad tym, że nie wszystko jest takie jak nam się wydaje, że nasze wyobrażenie o rzeczywistości często od niej odstaje, po drugie, że często nie doceniamy w jak dobrej sytuacji się znajdujemy do czasu kiedy los się odwróci, a po trzecie - że w gronie przyjaciół i bliskich nam osób nigdy nie straszna nam nudna. Refleksja jaką osobiście wyciągnęłam z lektury sprowadza się do tego, aby doceniać ludzi wokół nas, bo to właśnie oni sprawiają, że życie jest ciekawe. W towarzystwie takich bohaterów jakich wykreowała autorka nie sposób długo trwać w jesiennej chandrze. Książka inspirująca - ale absolutnie nie do popełniania występków!

poniedziałek, 29 października 2018

Bo czasem przygoda czeka tuż za rogiem, a największa "podróż (jest) na sto stóp"

Podróż na sto stóp.

Richard C.Morais 


Książkowa historia Hassana Haji to jeden z tych przykładów dla których najpierw należy sięgać po powieść, a dopiero później po film. Dość nietypowo, tym razem odwróciłam tę kolejność i niestety, nie wyszło to na korzyść pierwowzorowi literackiemu.

Odniosłam wrażenie, że te dwie wersje opowiadają różne historie, luźno tylko ze sobą powiązane. Ponieważ jednak recenzja dotyczy książki, to na niej się skupię.

Hassan, główny bohater na skutek tragicznych wydarzeń w jego życiu zmuszony jest do opuszczenia rodzinnej miejscowości w Indiach i wraz z rodziną przybywa do Francji. Tutaj, kultywując tradycję jego ojciec otwiera restaurację w której serwowane są tradycyjne indyjskie potrawy (z silnym naciskiem na CURRY). Nie w smak jednak jest to wszystkim rdzennym mieszkańcom. Naprzeciwko "knajpy" rodziny Hassanów niejaka madame Mallory prowadzi swoją restaurację, zupełnie odmienną w stylu, wyrafinowaną oraz elegancką, wyróżniona gwiazdkami Michelina.

Między tymi dwiema kulturami rozpoczyna się rywalizacja, która stopniowo przybiera na sile, aż do momentu, w którym dzięki głównemu bohaterowi dochodzi do odkrycia, ze w rzeczywistości więcej ich łączy niż dzieli.

Pierwsze kilkanaście stron powieści jest trudne. Opis indyjskiego środowiska, kultury i specyficznego stylu bycia, posługiwanie się regionalnymi nazwami dań i używanie slangu mają na celu wprowadzenie czytelnika w klimat historii, ale z drugiej strony sprawiają, ze trzeba się dość mocno skupić na treści, żeby nie zgubić żadnego z istotnych elementów. To może nieco zniechęcać, ale warto czytać dalej, bo zasadnicza cześć historii, mająca miejsce w Lumiere, nabiera przez to wartości. W ten sposób łatwiej zauważyć różnice miedzy imigrantami oraz lokalną ludnością, ich odmienne podejście do życia, wartości. Nieświadomie w ten sposób czytelnik dokonuje tez wyboru strony, z którą utożsamia się bardziej. Dopiero po czasie zauważa, że nie są one tak znaczne jak można by się spodziewać.

Co więcej, książka lepiej niż film pokazuje rozwój i ewolucję bohaterów w czasie. Mimo iż Madame Mallory w powieści jest zdecydowanie bardziej "oschła",  a twierdzę nawet, ze kreowana jest na "wariatkę", paradoksalnie nadaje jej to bardziej ludzki charakter. Czy nie taka właśnie powinna być kobieta w biznesie? Twarda, oschła, szalona, ale także z pasją, zacięciem i zapałem? To czego mi zabrakło w książce to brak skupienia się na bohaterach pobocznych. Moim zdaniem lepiej mógł być rozbudowany wątek szefa kuchni Jeana-Pierre oraz relacja pomiędzy Hassanem a Margaret. Tymczasem doszło do urwania tego wątku i skupieniu się wyłącznie na postaci Hassana. Z rytmu wybija tez nieco "skakanie" pomiędzy różnymi miejscami, nagromadzenie postaci, które miały wpływ na życie głównego bohatera. Rozumiem, że autor chciał w ten sposób pokazać jak długą i skomplikowaną drogę przeszedł szef kuchni, ale przecież ciągłe zmiany nie są korzystne - ani  w życiu ani w literaturze, więc wprowadza to niepotrzebne komplikacje.

Z plusów, na docenienie zasługuje dobre opisanie dań, bo przecież jest to element kluczowy powieści kulinarnej. Autor robi to z dużym wyczuciem, tak że na samo brzmienie niektórych nazw ślinka napływa do ust (Ach! Jaką miałam ochotę na omlet!). Jak wspomniałam wyżej, dobrze że posługuje się w tym zakresie lokalnymi "nieprzetłumaczalnymi" nazwami, bo one najlepiej oddają klimat i charakter kuchni różnych kultur. Dodatkowo, na korzyść poczytuję także odejście od nieco cukierkowego wizerunku życia jaki mamy w filmie. W książce autor nie unika trudnych tematów - nie waha się uśmiercać bohaterów, poruszać wątek problemów finansowych, samobójstwa, trudności dnia codziennego, rozpadu więzi międzyludzkich. To pozwala na lepsze utożsamienie się z bohaterami.

Książkę oceniam na jakieś 7/10 punktów. Jest dobra, ale czegoś w niej zabrakło. Być może, ale tylko być może, mój odbiór byłby nieco inny gdyby w pierwszej kolejności nie przyciągnął mnie film (swoją drogą polecony przez Joannę Pachlę z bloga wyrwane z kontekstu). Nie dane mi będzie sprawdzić, ale Wam, drodzy czytelnicy, polecam najpierw książkę, a później film. Dajcie znać czy macie odmienne od moich uczucia.

środa, 24 października 2018

"Girl power" czyli Pani Einsten.

Pani Einstein.

Marie Benedict.

 

Wszyscy znamy takie postacie jak królowa Jadwiga, Maria Skłodowska-Curie czy Eliza Orzeszkowa. To znane kobiety, które wywarły znaczący wpływ na epokę w której przyszło im żyć. 
Oczywiście, historycznych czy literackich postaci kobiecych jest zdecydowanie mniej niż męskich. Czy ktoś zastanawiał się kiedyś jaka była lub czym zajmowała się zona Tesli? Newtona? Czy do odkrycia Watsona i Cricka w sposób znaczący nie przyczyniła się żona, "dziewczyna" czy inna kobieta?
Do tej pory nie było historii widzianych niejako "z drugiej strony". Marie Benedict w swojej powieści przerywa milczenie i skupia się na żonie wybitnego fizyka - Alberta Einsteina - Milevie.

Mileva i Albert poznają się na uczelni. W grupie studentów Mileva jest jedyną kobietą i już sam ten fakt sprawiłby że przyciągnęłaby uwagę pozostałych. Dodatkowo jednak bohaterka charakteryzuje się nieprzeciętną inteligencją, którą bije na głowę kolegów z grupy. Z czasem dziewczyna wypracowuje sobie silną pozycję, a miedzy nią, a młodym naukowcem rodzi się uczucie.
Kierowana rozsądkiem oraz radami ojca, który chce aby córka się rozwijała Mileva próbuje zdusić uczucie w zarodku, ale próba nie przynosi rezultatu. Krok po kroku uczucie staje się głębsze, aż w końcu ku rozpaczy ojca oraz rodziny Alberta, która nie przebiera w słowach kobieta zachodzi w ciążę. Od tej pory los przestaje jej sprzyjać. Albert nie jest zachwycony taką sytuacją, uważa że uniemożliwi mu to karierę naukową. W mniej lub bardziej świadomy sposób zaczyna żerować na żonie, jej odkryciach i pracy, a ona pokornie się na to godzi. W końcu sytuacja poniżania i obrażania wchodzi fizykowi w nawyk. Jednak tak jak każda tama, nawet najsilniejsza pęka pod wpływem nagromadzonej wody tak emocje Milevy w końcu powodują, ze odnajduje w sobie siłę do zmiany własnej rzeczywistości.

W pierwszej kolejności zaznaczyć należy, jak łatwo jest zżyć się z bohaterką. Serbka, czyli podobnie jak Polski, Słowianka, ma wiele cech charakteru typowych dla tej nacji. Wiarę w to co robi, silne podstawy religijne, światopogląd, który z jednej strony sprawia, że chce być doskonałą matką oraz panią domu, ale także realizować swoje pasje. A także, a może przede wszystkim - cierpliwe i niejako bierne znoszenie cierpienia, z którym nie może się z nikim podzielić. A przynajmniej takie ma wrażenie.
Bardzo zgrabnie i z lekkością skontrowana jest sama struktura historii, podzielonej na trzy części. Każda z nich opiera się o inną zasadę dynamiki Newtona i doskonale współgra z treścią. Gratuluję pomysłu.

Fakty  z życia Alberta Einsteina, pojawianie się innych postaci ważnych w tamtych czasach (wspomniana Skłodowska) przeplatają się z beletrystyką i ciężko odróżnić na ile mamy do czynienia  z twardą historią, a na ile wyobraźnią autorki.  Zdecydowanie prawidłowo i dokładnie przeprowadzone badanie podstaw do stworzenia historii.
Autorka podjęła się niełatwego, a wręcz ryzykownego zadania przedstawienia Einsteina w innym świetle niż znamy go do tej pory - jako dobrotliwego, nieco roztrzepanego dziadka z potarganym włosem, dobrotliwego i być może nieco odseparowanego od codzienności. W tej powieści widzimy jako często  okrutnego, egoistycznego, zapatrzonego wyłącznie w siebie i dążącego po trupach do celu bezwzględnego człowieka. Koniec końców, być może nie była to do końca jego wina. Moim zdaniem, część przyczyn leżała po stronie Milevy, która koniec końców pozwoliła na to, aby taki się stał. Uważam w związku z tym, że powieść zawiera przestrogę dla nas, pań, abyśmy świadomie kształtowały swoją rzeczywistość i reagowały w porę. W tym zakresie na uwagę zasługują słowa Marii Skłodowskiej-Curie wypowiedziane do głównej bohaterki:

"– Pamiętaj moje słowa, Milevo, gdy powrócisz w zaklęty krąg domowej rutyny. Jesteśmy do siebie
podobne, dokonałyśmy tylko odmiennych wyborów. I pamiętaj, że zawsze można zmienić zdanie."

Jaki owoc jest twoim ulubionym? Na dzisiejszy deser proponuję "cudze jabłka".

"Cudze jabłka" Agnieszka Krakowiak-Kondracka Przyznam szczerze, że autorka tej powieści nie była mi znana. Jej nazwisko nigdy...