niedziela, 27 maja 2018

kochajmy dobrą literaturę

List of shame…. czyli o pozycjach niedokończonych.  


Za każdym razem kiedy odkładam na bok niedokończoną książkę mam wyrzuty sumienia. Ktoś się napracował, napocił, napisał - a ty nie chcesz jej przeczytać? Jak możesz?

Dokładnie pamiętam kiedy pierwszy raz zachowałam się w ten sposób - to było jeszcze w podstawówce, na początku mojej czytelniczej kariery. Nie pamiętam tytułu, ale opowieść była skonstruowana na kształt kryminału - oczywiście dostosowanego do kilkunastolatków.

Od tamtego zdarzenia minęło już trochę czasu, a lista książek na liście "próbowałam, ale nie mogę" powiększyła się. Zmieniło się bowiem moje podejście - jeśli coś mi nie odpowiada - z różnych powodów - nie będę się przecież zmuszać i męczyć. Z pewnością znajdzie się cała rzesza innych osób, które będą w stanie wychwalać daną pozycję.

W dzisiejszym wpisie - krótka lista lektur, które nie trafiły w mój czytelniczy gust wraz z uzasadnieniem - w kolejności przypadkowej

"Endgame. Wezwanie" - początkowo zapowiadało się ciekawie. Po kilkunastu stronach nagromadzenie przypadkowych danych, liczb zaczerpniętych niewiadomo-skąd i brak realizmu zaczął mnie przytłaczać. Nie pomogły recenzje, które zapewniały że warto, bo głębszy sens wszystkiego wychodzi na jaw dopiero po pewnym czasie. Myślę, ze dla mnie pozostanie on jednak ukryty.

"Jak się zakochać w facecie, który mieszka w krzakach" - przebrnęłam przez mniej więcej połowę. Ta historia jest tak nierealistyczna że nie mogę jej znieść. Niektórzy mogliby w tym miejscu zarzucić mi brak romantyzmu i wiary w uczucia, ale błagam..... Podczas lektury fruwałam myślami, bezwiednie przewracając kartki, a najsmutniejsze jest to, że mimo tego roztrzepania nie przegapiłam chyba nic istotnego. Moim zdaniem tej opowiastce, bo tak należałoby ją określić, brakuje akcji i jakiegoś punktu kulminacyjnego. Nie, dziękuję

"Jasna godzina" - jeśli masz tendencje do zamartwiania się - szczerze polecam! Na poważnie - historia kobiety, która dowiaduje się że ma raka jest fantastyczna, bez żadnego sarkazmu. Autorka opisuje jej zmagania, potyczki, porażki, małe pozorne zwycięstwa. Czyni to subtelnie i z wprawą. Jednakże tematyka jest na tyle przygnębiająca, że w trakcie czytania czujesz się - przepraszam za wyrażenie - jakby wyciągnęli z ciebie wszystkie flaki. Lepiej nastawić się na emocjonalną huśtawkę i koniecznością wielokrotnego odkładania i wracania to treści

"Siedem sióstr" - właściwie nie wiem czemu go odłożyłam. Może to kwestia wieku? Chyba nie jestem już w tej grupie docelowej

"Srebrny łabędź" - z opisu brzmiało jak połączenie "Plotkary" i "Pretty Little Liars".  Taki koktajl nie zakończył się jednak dobrze. Drażniły mnie i zdania, które wydawały się krótkie, urywane i jakieś nieskładne, i treść - wszystko działo się szybko, zupełnie jakby autorka tylko ślizgała się po powierzchni stosując dziecięcą narrację (a ja powiedziałem, a ona powiedziała, a ona odpowiedziała) i przerysowani bohaterowie. Trochę dla mnie za płytko i bez motywu przewodniego

"Hormonia". Generalnie lubię Natasze Sochę - z przyjemnością przeczytałam Awarię Małżeńską, Przyjaciółki i śmiałam się w głos przy "Macosze". ta pozycja jednak mnie nie porwała. Cóż, każdemu może się zdarzyć słabszy dzień

"Życie w średniowiecznym zamku" - zdobyta w konkursie. Leży na pólce i jak do tej pory nie zachęcił mnie nawet blurb, który nawiązuje treścią do G.R.R. Martin

"Dwór cierni i róż" - pewnie do niego jednak za jakiś czas wrócę - jak już Internet przestanie huczeć i książka będzie już passe zacznę przeżywać wszystkie emocje. Na razie, od początku, za bardzo przypomina mi Igrzyska śmieci, a główna bohaterka - Katniss

"Kropla zazdrości, morze miłości" - po kilku stronach zaczęłam się zastanawiać czy to kolejny tom serii którą czytam nie po kolei. Sprawdziłam. Okazało się że nie. Odłożyłam, bo chyba nie byłam w stanie się skupić. P.S. Nową książkę Sońskiej oczywiście mam już na liście "do przeczytania".

"Projektantka" - jako jedyna z tej listy wymęczona do końca, ale gdyby ktoś zapytał mnie co o niej sądzę odpowiedziałabym że właściwie nie mam pojęcia co się tam wydarzyło. Książka nieźle przeciąga psychicznie, zwłaszcza to zakończenie...…


A jak to wygląda u was? 
Macie swoje pozycje niedokończone?
Dajcie znać.
Pozdrawiam, 
Aga

sobota, 19 maja 2018

A jakie jest twoje skojarzenie z wiosną?


Dotyk Słońca, Karolina Wilczyńska




Sobotni poranek. Promienie słońca leniwie prześlizgują się przez szczeliny w rolecie delikatnie wybudzając mnie ze snu. Nigdzie nie musze się spieszyć, nigdzie nie muszę pędzić. Dziś mogę powylegiwać się w pościeli przy otwartym oknie, posłuchać śpiewu ptaków i wreszcie odpocząć i odetchnąć po szalonym tygodniu biegania i załatwiana całej listy spraw.
Czy może być lepsza lektura niż coś co samym tytułem nawiązuje do Słońca?
Cykl Karoliny Wilczyńskiej o przyjaciółkach z Kwiatowej już od pierwszego tomu poprawiał mi nastrój. Dostosowanie kolejnych tomów do zmieniających się pór roku to ostatnio bardzo popularny zabieg w literaturze, do którego nawiązuje wiele autorek jak choćby Magda Majcher.
3 tom serii opowiada o nieśmiałej nauczycielce, Róży – pogodnej, skromnej, którą co poniektórzy mogliby wręcz określić mianem pruderyjnej i zacofanej. Ta książka ukazuje bohaterkę z nieco innej perspektywy. Skupia się bowiem na jej życiu uczuciowym, które wcale nie jest takie niewinne jak można sądzić. Na skutek pojawienia się w jej życiu dawnej miłości Róża zachodzi w ciążę. Warto dodać, że nieplanowaną. Tatuś dziecka nie bardzo jest z tego powodu szczęśliwy. Zwłaszcza że od słowa do słowa wychodzi na jaw, że ma żonę i dwójkę innych dzieci. Wspaniałą historia, prawda? Od tej pory Róża musi sobie radzić w nowej rzeczywistości. Dobrze że ma 4 przyjaciółki, które będą ją wspierać niezależnie od wszystkiego.
Jeśli chodzi o samą strukturę serii, początkowo raził mnie sposób prowadzenia narracji – nie byłam przyzwyczajona do przyjęcia konwencji „rozmowy” z czytelnikiem. Wystarczyło kilkanaście stron lektury żeby przywyknąć. Od tej pory czuję się jakbym sama była jedną z przyjaciółek z „klubu kapciowego”. Za plus poczytuję także podział historii na dwie części. W pierwszej, przeważającej głos ma główna bohaterka danego tomu, w drugiej – pałeczkę przejmują pozostałe przyjaciółki. Dzięki temu możemy spojrzeć na  sytuację z wielu różnych punktów widzenia co zapewnią duża dawkę obiektywizmu i sprawia, ze lepiej poznajemy wszystkie bohaterki i ich podejście do wielu spraw. Każdy ma przecież prawo do własnego spojrzenia na sprawę, każdy skupia się na innych elementach stanu faktycznego i dopiero ich konfrontacja daje całość. Zupełnie jak puzzle, które ukażą obraz dopiero kiedy są w komplecie.
Dobrze poruszony jest temat macierzyństwa – zarówno z punktu widzenia kobiety, która ma już dzieci, tej która dopiero będzie je miała, dziewczyny która planuje je w przyszłości jak i tej, która z uporem twierdzi, że nie nadaje się do tej roli. Karolina Wilczyńska dotyka skomplikowanego i delikatnego wątku relacji pomiędzy matkami i dorosłymi dziećmi, które wychowały się w patologicznych rodzinach. Moim zdaniem jednak wątek ten należałoby w książce nieco pogłębić, bo czuję niedosyt. Zupełnie jakby autorka nie czuła się na siłach żeby go rozbudować. Z drugiej strony sprawia to jednak, że czytelnik wiele kwestii musi przepuścić przez własny rozum, rozpatrzyć w kontekście własnych doświadczeń i przeżyć.
Książka ma pogodny tytuł i zapowiada lekką, przyjemną historię. Nie można się jednak dać zwieść pozorom! Oczywiście, nie da się zaprzeczyć że lektura sprawia że przenosimy się w inny świat, po raz kolejny spotykamy ze znanymi postaciami i lepiej je poznajemy, możemy się odstresować. Z drugiej strony, trzeba pamiętać że historie Karoliny Wilczyńskiej są realistyczne, głęboko osadzone w rzeczywistości a co za tym idzie nie idealizują rzeczywistości. Autorka pokazuje zarówno radości jak i troski bohaterek, lęki, troski, obawy, plany, marzenia – wszystkie te elementy, które składają się na zakres pojęcia „życie”.
„Dotyk słońca” doskonale wpisuje się w konwencję całego cyklu „roku na kwiatowej” uzupełniając go, a jednocześnie zachowuje odrębny charakter. Ostatecznie bowiem, ton dostosowany jest do głównej bohaterki – Róży, jednocześnie tak podobnej i tak różnej od pozostałych pań – Malwiny, Liliany i Wioletty.
Czekam niecierpliwie na kolejną, „letnią” cześć J
A w międzyczasie – planuję nadrobić „wiosnę” w wydaniu wspomnianej już Magdaleny Majcher :)
Trzymajcie się słonecznie :) 
  






 






x

środa, 2 maja 2018

weekend!


majowo - weekendowo:)
wszyscy grillują i wypoczywają na dworze, więc warto przenieść się z książkami w plener.
nie ma recenzji, co nie znaczy że nie cieszę się dobrą lekturą
A co tam u was?






sobota, 21 kwietnia 2018

Dlaczego żony sa ważne czyli AWARIA MAŁŻEŃSKA.

AWARIA MAŁŻEŃSKA

Magdalena Witkiewicz i Natasza Socha




Red alert!
Magdalenę Witkiewicz uwielbiam, tak samo jak chyba wszystkie kobiety, które miały okazję przeczytać choć jedną z jej książek. Z Nataszą Sochą zapoznałam się tylko przy okazji "Macochy" i "Hormonii".
Miałam jednak przeczucie że wspólne wysiłki tych dwóch autorek zaowocują piękną, zabawną, ale także pouczającą historią.

Wiecie co? Miałam rację.





Opowieść opiera się o jeden z najbardziej powtarzalnych schematów w literaturze. Dom. Mąż. Żona. Dwójka dzieci - i to według klasycznego założenia syn i córka. I zwierzak domowy. Wszystko funkcjonuje jak na obrazku, jak w reklamie. Z dużym naciskiem na element żony, która "ogarnia chaos".

No i pewnego dnia..... BUM!

W dwóch słowach: dwie panie, o podobnej sytuacji życiowej zostają poszkodowane w kolizji autobusu z kotem i trafiają do szpitala. Nagle okazuje się, że tatusiowe nie bardzo wiedzą jak należy funkcjonować mając rodzinę, że skarpetki nie piorą się same, a dzieci niekoniecznie powinny chodzić do przedszkola przebrane za kruki.
Rzeczywistość uderza w naszych mężczyzn z całą siłą, podczas gdy panie "rekreują" się w szpitalu przedłużając ten przymusowy pobyt ponad normę i sprawiając że staje się to niemal urlopem (szczególnie sugestywny jest opis kosmetyczki i fryzjera, których zamierzają zaprosić na salę, żeby o siebie zadbać).



Wydawać by się mogło, że taka historia to nic nowego. Jednak zaznaczyć trzeba że nie każdy autor potrafi opisywać rzeczywistość z takim wdziękiem i dystansem. Bądź co bądź książka jest pisana z perspektywy kobiety, ale nie jest nagonką na nieudolność mężczyzn. Wręcz odwrotnie  - Witkiewicz i Socha są bardzo obiektywne. Pokazują, ze z biegiem czasu tatusiowie się rozwijają, uczą i poznają swoje dzieci, a także samych siebie. Przekraczają swoje granice, własne możliwości, stając się bohaterami dnia codziennego. Nawet jeśli nie dostrzegają, ze kobieta zatrudniona w charakterze opiekunki paraduje w złotych szpilkach i króciutkiej spódniczce wskazującej na zgoła odmienną profesję. Ich żony tez potrafią dostrzec i docenić wysiłki mężczyzn. Z czasem zamiast cichego podśmiewywania i kpin rodzi się niedowierzanie, ale także podziw. Skutkiem całej tej sytuacji jest podsycenie dawno zgasłego płomienia w jednym małżeństwie, lepsza komunikacja w drugim i skłonienie do refleksji i odmiana losu pewnej "Pretty woman".

Komedia małżeńska. Opowieść pełna humoru, zwrotów akcji i wzruszeń. Dedykowana kobietom przez kobiety, ale z drugiej strony - słówko też do panów, aby nie chowali głowy w piasek i dostrzegali jak wiele spraw muszą "ogarnąć" kobiety. Może warto dzielić się obowiązkami i zajęciami, które wzbogacają? Bo w końcu który z panów jest w stanie nauczyć się robić na drutach tylko po to, żeby pomóc córce w odrabianiu lekcji.
Jeśli szukacie powieści na długie, ciepłe letnie wieczory albo chcecie się pośmiać w gronie znajomych, choćby i przy majówkowym grillu - serdecznie polecam! Ta książka to tak naprawdę tylko wspaniały motyw do długich, gorących dyskusji w gronie najbliższych.

sobota, 14 kwietnia 2018

Kto wie, czy za rogiem nie stoją anioł z Bogiem......

Noworoczne anioły Hanna Urbankowska

czyli o tym, że przecież nie jesteśmy sami.


Od sięgnięcia po tę pozycję wcale nie odwiodło mnie to, że mamy już (!) kwiecień. Skoro powieść była na mojej liście "do przeczytania" to po prostu zamierzałam to zrobić. Nieważne kiedy. I ten plan okazał się strzałem w dziesiątkę. Po pierwsze dlatego, ze akcja powieści i tak rozciąga się na cały rok kalendarzowy, a po drugie dlatego, ze jest po prostu FENOMENALNA.

Skrupulatna Zuza, romantyczna Matylda i szalona Anka to trzy przyjaciółki w wieku, który zbiorczo można określić 25 +. Każda jest inna, każda ma swoje plany i marzenia, z którymi wchodzi w nowy rok i które z całą stanowczością i determinacją zamierza wcielić w życie. Ale plany mają to do siebie, że podczas gdy one pozostają na jednej płaszczyźnie to często przecinana jest ona przez życie w sposób którego nie można się spodziewać, są weryfikowane i podlegają modyfikacjom i fluktuacjom w zależności od okoliczności. Brzmi banalnie? Być może, ale nie da się zaprzeczyć że to prawda, a nasze bohaterki czeka zderzenie z rzeczywistością. Bolesne, ale jednak trzeba wziąć pod uwagę, że mają swoiste "spadochrony" w postaci swoich aniołów stróżów, którzy często załamują ręce nad ich postępowaniem, ale wiernie towarzyszą na każdym kroku, chronią, pouczają.

Powieść jest pisana tak lekko, sympatycznie i wciągająco, ze nawet nie wiem kiedy dotarłam do zakończenia. Razem z bohaterkami zwiedziłam Paryż, Berlin i kilka polskich wiosek, zaczęłam w styczniu, skończyłam w grudniu, rozwinęłam się literacko, plastycznie i społecznie. Bo prawda jest taka, że wraz z rozwojem postaci i w toku lektury sama się nieco zmieniłam. Może to kwestia tego, że książka pisana była przez 3 lata ( zdecydowanie nie jest to tempo Remigiusza Mroza), ale widać że każde słowo, gest i wątek był dokładnie zaplanowany i przemyślany. Mam wrażenie, że sama nieco zmieniłam się podczas lektury - nauczyłam się, że są rzeczy ważne i ważniejsze, że warto kierować się swoim kompasem wartości, dostrzegać to co kryje się pod powierzchnią i doceniać tych, którzy są z nami zawsze, niezależnie od okoliczności. Przede wszystkim jednak - że należy wykorzystywać okazje, które daje nam życie. A może to los? Albo może to nasz anioł stróż? Pokrzepiająca jest myśl, że nie jesteśmy sami, że ktoś nad nami czuwa, prawda?

Ogromny plus dla autorki za imiona aniołów, choć przyznam szczerze że dopiero po kilkunastu stronach zorientowałam  się jaki przyjęła sposób ich tworzenia. Tutaj zdecydowanie mamy do czynienia z kreatywnością. Aż sama zaczęłam się głowić jakim mianem mogłabym ochrzcić własnego "patrona". 


Autorka nie boi się poruszać tematów trudnych- zdrady i zagubienia, samotności i porażek. Są to drobne okruchy, ale to przecież z nich składa się życie. Dodatkowo mamy tez wątek relacji starszego mężczyzny i młodej kobiety (15 lat różnicy!), postrzegania ich przez otoczenie, obaw, trosk i nadziei związanych z tym uczuciem. 


Postacie aniołów tez są bardzo dobrze skonstruowane, wyraźnie podkreślone zostaje, że nawet te niebiańskie istoty często są zagubione, zasmucone, zdesperowane, ale nigdy, nigdy nie przestają się starać. Ich determinacja jest naprawdę pokrzepiająca. 

Powieść odpowiada na ważne pytanie : Jak żyć? Czym się kierować? Jak szukać swojej drogi. Rodzi nadzieję i optymizm, daje tego przysłowiowego "kopa do działania" i pozwala bardzo przyjemnie spędzić czas. Niezależnie więc od tego czy zdecydujecie się sięgnąć po nią w maju czy w październiku to zdecydowanie WARTO. 

Polecam wszystkim ze szczególnym uwzględnieniem młodych i wrażliwych osób, które czują się zagubione w rzeczywistości lub nią przytłoczone. Gwarantuję, że Zuza, Anka i Matylda pokażą wam, że z humorem i drobną pomocą z góry można poradzić sobie ze wszystkim. 



sobota, 7 kwietnia 2018

Las, duchy i pałacyk z przeszłością


Tajemnica sosnowego dworku, Małgorzata Kursa. 

Niektórzy ludzie nie powinni pisać książek, a nawet zbliżać się do nich.

Do tej grupy zdecydowanie nie zalicza się Małgorzata Kursa.

Jej książka Tajemnica sosnowego dworku, opowiada historię Kasi, która traci posadę w banku i rozpoczyna zupełnie nowy etap swojego życia, pracując jako wolontariuszka. Aktywnie angażuje się w renowację starego, owianego mgłą wspomnień i historii pałacyku z przeszłością. Osobiście bardzo lubię stare budynki, które mają przysłowiową dusze, w których wyobraźnia rozwija się i tworzy niesamowite historie. Podobnie Kasia, która wraz z przyjaciółkami stopniowo odkrywa kolejne tajemnice, rozwiązuje zagadki, które ostatecznie doprowadzą do zaskakującego finału. A po drodze Kasia buduje swoje szczęście, rozwija charakter, lepiej poznaje siebie i innych. Uczy się komu może ufać oraz odkrywa, ze to co to ludzie pokazują na zewnątrz nie zawsze jest tożsame z tym co czują w głębi duszy. Dotyczy to zwłaszcza pewnego bliskiego jej sercu mężczyzny, Marka.

Powieść Małgorzaty Kursy to bardzo dobry przykład tego, że nie należy oceniać książki po pierwszym rozdziale. Z początku bowiem, nagromadzenie bohaterów, ich wprowadzenie niejako „na raz” sprawia że czytelnik może czuć się nieco przytłoczony.  Przez kilkanaście pierwszych stron zastanawiałam się czy może to nie jest któraś z części jakiejś sagi, a ja nie mam podstaw dla czytania historii, ale z czasem nauczyłam się kto jest kim i jaką pełni rolę w powieści. Duży plus za wprowadzenie małżeństwa Andrzeja i Oleńki, które mimowolnie nasuwa na myśl pewną znaną polską powieść historyczną :D


W „Tajemnicy sosnowego dworku” mamy wszystkie elementy, które składają się na dobrą historię. Wyraźne, silne postacie – zwłaszcza kobiece, bo męskie mimo wszystko pozostawione zostały na drugim planie – entuzjastyczną, dynamiczną Martę, wrażliwą (chociaż rudowłosą), delikatną Kasię i wspomnianą już przedsiębiorczą Oleńkę. Panie te świetnie pokazują, ze kobieta może osiągnąć wszystko – niezależnie od tego czy ma pomoc czy nie. Jeśli raz wyznaczy sobie cel, z pewnością go osiągnie. Szczególnie rozbawił mnie fragment, w którym dochodzi do wyobrażenia pań przechodzących pod siatką i włamujących się na teren pewnej posesji.

Po drugie, mamy mocne osadzenie w historii – nie weryfikowałam czy jest ona prawdziwa czy nie, ale skonstruowana została na tyle rzeczywiście, ze mogłaby wydarzyć się naprawdę.

I po trzecie – mamy elementy mistyczne, duchy i zjawy (choć piękne), pokazanie że dwa światy mogą się przenikać. Co więcej, zrobione jest to na tyle łagodnie i sprawnie, że w żaden sposób nie dochodzi do przerysowania czy groteski. Kursa bardzo dobrze łączy wątki współczesności i przeszłości, sadzając swoje duchy przed komputerem, tłumacząc z ich punktu widzenia wydarzenia historyczne, oceniając wydarzenia. Te fragmenty rzeczywiście potrafią rozbawić.

Książka skłania do refleksji na temat tego co jest istotne w życiu. Sprawia, ze inaczej spoglądamy na pewnie wydarzenia  i podobnie jak Kasia uczymy się, że nie zawsze to, co wydaje się oczywiste jest takie w rzeczywistości. Kolokwialnie mówiąc, czasem warto „pokopać głębiej”, żeby przekonać się ile elementów składa się na pozornie nieskomplikowane wydarzenia. Na koniec, ale nie najmniej ważne, dodam jeszcze, że historia pokazuje nam, ze warto wierzyć, ze istnieje coś więcej, dostrzegać wokół siebie magię i wierzyć, że są wokół nas przyjazne dusze, które nam sprzyjają J

Za możliwość przeczytania książki i egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Lucky :)


niedziela, 25 marca 2018

Krew jest gęstsza niż woda.

"Siostry" Claire Douglas





Mimo, że wiosna, jakoś ostatnio wzięło mnie na kryminały. Myślę, ze w pewnym sensie zachęciła mnie do tego rodzaju literatury książka "dziewczyny w ogniu". Może też z tego powodu każda kolejna w pewnym sensie każda kolejna nieco mi ją przypomina. Do książki "siostry" skłoniło mnie kilka elementów. Po pierwsze ciekawa okładka, chociaż wiem doskonale, że nie ocenia się po niej książki.

Jednakże zestawienie butów - eleganckich szpileczek i podniszczonych trampek sugerowało historię pełną niejasności i paradoksów, z elementami psychologicznymi. Mniam! Drugim argumentem były korzystne recenzje. Trzecim natomiast właśnie to, że miałam wrażenie, że będzie to książka nieco podobna do wspomnianych już "Dziewczyn w ogniu".

Abi i Lucy są siostrami bliźniaczkami. A może raczej "były", skoro jedna z nich już nie żyje. Przyczyną śmierci Lucy była Abi, która nie może się otrząsnąć, chociaż minęło już 1,5 roku od tragicznych wydarzeń, a ona sama zaliczyła terapię na oddziale psychiatrycznym. Abi bardzo chce się uwolnić od traumy, ale kiedy spotyka na swojej drodze Beatrice, która tak bardzo przypomina jej zmarłą siostrę, wszystko powraca. Spirala zaczyna się od nowa. Co więcej, o zgrozo! okazuje się, że Bea ma brata bliźniaka Bena. Oczywiście, jak łatwo się domyślić, między Benem a Abi szybko nawiązuje się relacja daleka od "siostrzano-braterskiej".

Początkowo wszystko układa się idealnie - piękny dom, luksusowe otoczenie, zabawy, rozrywki. Z czasem na jaw wychodzą okoliczności skrzętnie ukrywane przez każdego z bohaterów.  Umiejętnie prowadzona narracja, stopniowe wprowadzanie dodatkowych elementów sprawia, ze czytelnik sam gubi się w swoich domysłach, nie wie co jest prawdą, kto ma rację. Dobrze, że autorka nie rzuciła przysłowiej "bomby"., bo to zaburzyłoby całą konstrukcję. Dobrze też, że nie doszło do nagłej kumulacji elementów napięcia. Każdy kolejny stanowi logiczne następstwo poprzedniego. Mamy doskonale zbudowany ciąg przyczynowo -skutkowy.

Jeśli chodzi o bohaterów - Raz szala sympatii przechyla się na jedną, raz na drugą stronę. Niczym w "Grze o Tron" nie wiemy komu ufać, a komu nie. Czy szalona jest Abi, która musi brać leki psychotropowe czy Ben, który próbuje namącić. Czy Beatrice rzeczywiście chce się pozbyć Abi? Czy między nią a jej bratem doszło do "czegoś" więcej??

Ta zawiłość to plus a nie minus. Nic nie jest oczywiste, co sprawia, że czytelnik jak najszybciej chce poznać zakończenie. Jeśli o mnie chodzi, połykałam wręcz całe zdania - mało nie zachłysnęłam się tym literackim koktajlem.

Bardzo dobrze pokazane są relacje pomiędzy rodzeństwem, bliźniakami. Sama jestem starszą siostrą, więc wiem co nieco o chęci obrony młodszego (nawet jeśli to młodsze też jest już dorosłe :). Instynkt robi swoje, a w przypadku bliźniaków z pewnością jest  jeszcze silniejszy.

W tym miejscu spojler alert!
Dobrze, że ostatecznie nie doszło do żadnego zabójstwa, chociaż było bardzo blisko. Czasami lepiej poprzestać na dobrze opisanej próbie przestępstwa niż nieudanej, przerysowanej i karykaturalnej scenie w której dochodzi do popełnienia tego czynu. W literaturze na pęczki jest scen strzelania w deszczu, z mokrymi włosami oblepiającymi twarz, samochodów wpadających w poślizg i "lądujących w rowie", wybuchów, spadania ze schodów, za barierki i tak dalej, i tak dalej. Dziękuję, ale dziękuję. Nie każdy autor umie to zrobić dobrze i czasem lepiej obniżyć próg, żeby nie popaść w śmieszność.

Zakończenie powieści w rzeczywistości nie jest żadnym zakończeniem. Pokazuje, że mimo iż często wydaje się nam, że jakiś etap mamy już za sobą, że wyszliśmy z czegoś silniejsi, tak naprawdę zawsze będziemy ciągnęli za sobą "ogon" naszej przeszłości. Pocieszające jest tylko to, że od nas zależy czy wyciągniemy wnioski i stworzymy sobie z tego ogona "trzecią rękę" czy pozwolimy żeby plątał się nam między nogami i uniemożliwiał poruszanie do przodu.



Zmiany, zmiany.....

I wtedy przyszedł maj..... Długo nie było mnie na blogu i kiedy spojrzałam na datę ostatniego wpisu szczerze mówiąc nieco się przestra...