poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Trolle, ryby i wikingowie czyli "Szczęśliwy jak łosoś".



Nie od dziś zachwycamy się kulturą krajów południowych – Włoch, Grecji czy Bułgarii. Czy przez to nie popadamy w pewien schemat? Jak często bowiem na pytanie: „gdzie planujesz wakacje?”, usłyszymy odpowiedź: do Skandynawii? Bardzo rzadko. Przynajmniej tak wynika z mojego doświadczenia. Ponieważ kulturę i mitologię oraz mentalność południowców już poznałam postanowiłam wprowadzić małą odmianę i zapoznać się ze zwyczajami spadkobierców Wikingów – Norwegów.


Książka „szczęśliwy jak łosoś” wpadła mi w ręce właściwie przypadkiem, ale każda minuta nad nią spędzona była tego warta. Reportaż……. Z jednej strony składnia do refleksji, z drugiej budzi śmiech. Pokazuje, że Norwegowie mają swój mały świat, którego granice czasami ciężko im przekroczyć – zarówno  w znaczeniu dosłownym jak i przenośnym. Bo jak to możliwe, że najlepszy wynalazek wszech czasów jakim jest szpatułka do sera nie jest używany w innych krajach? Albo jakim cudem fakt, że mężczyzna przepuszcza kobietę w drzwiach albo że młodszy ustępuje starszemu miejsca w środkach komunikacji może być odbierany pozytywnie? Statystycznemu Norwegowi nie mieści się to w głowie. Dla tego narodu takie zachowanie oznacza tylko, że traktujemy kogoś jako słabszego, co w żadnym wypadku nobilitujące nie jest.
Książka podzielona jest na bloki tematyczne – znajdziemy zatem rozdział poświęcony kulturze i legendom (tak! Trolle!), zwyczajom, podejściu do polityki oraz jedzeniu. Wplatanie w treść nazw regionalnych oraz pojęć z języka norweskiego być może nieco utrudnia lekturę (zwłaszcza, kiedy ma się zero doświadczenia w zakresie wymowy), ale zasługuje na plus, bo tłumaczenie nigdy nie odda dokładnego brzmienia wyrazów ( czy ktoś próbował przetłumaczyć nazwę „schabowy” albo „bigos” na angielski?).


Autorka rozprawia się z niektórymi mitami na temat Norwegów. Nie ukrywa, że jest to naród mało otwarty i unikający niepotrzebnych interakcji, ale podkreśla, że w żaden sposób nie należy tego łączyć z chłodem czy oziębłością. Norwegowie są rodzinni i przyjacielscy, ale nie dla przypadkowo poznanych ludzi. Faktu, ze ktoś jest uprzejmy nie należy utożsamiać w ich wypadku z zachętami do nawiązania bliższej relacji. Jeśli chcecie zdobyć przyjaciół „od ręki” kierujcie się raczej w południowe rejony Europy J
Plusem książki są również ciekawe, dobrze wykonane zdjęcia dopasowane do treści rozdziałów. I chociaż okładka utrzymana w błękitnej tonacji na której przedstawiona została „norweska chatka” nasuwa mimowolne skojarzenia z klimatem gwiazdkowym, to książka jest dobra na każdą porę roku. Pozwala zrozumieć, że chociaż każdy naród i każdy człowiek są różne, to w tym przejawia się piękno świata, a naszym zadaniem jest docenienie tych różnic i uszanowanie ich, a nie próby zmiany czyjejś mentalności. Siła przejawia się w różnorodności.


piątek, 22 czerwca 2018

Przedwakacyjne życiowe wnioski płynące z literatury i filmów.

Im więcej oglądam filmów o wybitnych ludziach i nietuzinkowych postaciach, zarówno tych rzeczywistych (patrz: „Bogowie”) jak i istniejących tylko na kartach opowieści (patrz: „Piekło pocztowe”)  tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że sekret ich niezwykłości przejawiał się przede wszystkim w tym że nie bali się ryzykować.

Pomimo iż na szali stawiali nieczęsto całe swoje życie, reputację, to co znane i przez to „bezpieczne” robili krok do przodu. Przeciągali granicę tego co możliwe, działali, parli do przodu w przekonaniu, że to co robią jest słuszne. Nie bali się odejść od szacownych, znanych sposobów postępowania, utartych schematów. 


Jeszcze kilkanaście lat temu takich ludzi uważano za „wariatów”, „szaleńców”. Obecnie, w dobie rozwoju technologicznego, wiedzy dostępnej na wyciągnięcie ręki, nieograniczonych możliwości, funkcjonowania w rzeczywistości, w której trzeba walczyć o swoje miejsce nikogo to już nie dziwi. Ba! Każdy chciałby wpaść na rewolucyjny pomysł, rozreklamować się, zaistnieć. Konieczne jest to, aby znaleźć swoje miejsce, czy to przy użyciu głowy, rąk, nóg, łokci czy innych części ciała. Ten „tłok” i „przepełnienie” rynku przywodzi mi na myśl obrazki z „boxing day” i wyścigu po zakupy. Trzeba jak najszybciej „dorwać się” do najlepszego towaru, dynamicznie reagować na zmiany, śledzić to co dzieje się wokół, jakie są trendy i co robią inni. A przy tym nie tracić z oczu własnego celu.

Warunkiem niezbędnym stania się wybitnym (co oczywiście nie jest tożsame z pojęciem „znanym”) jest czerpanie satysfakcji z tego co się robi. Obecnie stan ten nazywa się „flow”. Człowiek zapomina o jedzeniu, spaniu, otaczającym go świecie i zatraca się całkowicie w wykonywanej czynności. W ten sposób dochodzi do mentalnego resetu. Godziny upływają niepostrzeżenie, a dana osoba oczyszcza się wewnętrznie.



To wewnętrzne  poczucie sprawczości, stawanie na przekór niedowiarkom, przeciwnościom, pokonywanie barykad to stuprocentowa esencja szczęścia.

Osobiście uważam, że każdy z nas ma w sobie żyłkę twórczą, nawet jeśli chodzi tylko o mycie lodówki albo gotowanie obiadu. Można przecież wskazać na konkretne przykłady kiedy to nawet sprzątanie staje się dochodowe. 

I chociaż w tym natłoku myśli, influencerów, bloggerów, opinii, komentarzy i szaleństwa łatwo się pogubić jedno jest pewne – daleko zajść można tylko z pasją, bo bez niej życie jest szare, nudne i przewidywalne.

Świat daje możliwości, z których musimy korzystać. Pierwszym i niezbędnym krokiem jaki należy w tym celu wykonać jest określenie siebie, tego kim jestem, gdzie jestem i czy chcę tu być. Może to zająć godzinę, tydzień albo miesiąc ale nigdy nie jest to czas zmarnowany. Nie można szczęśliwie żyć jeśli nie ma się celu, jeśli nie wie się po co wstaje się rano, jeśli snuje się całymi dniami z poczuciem nieszczęścia i bezsensu.

Weź wiec oddech.
Oceń czego chcesz dla siebie.
I wtedy działaj.
Gwarantuję – z własnego doświadczenia – że poczujesz się o wiele, wiele lepiej. 

Życzę wszystkim udanych wakacji, spędzonych w satysfakcjonujący, rozwijający sposób :) 

 

sobota, 16 czerwca 2018

Jaki jest twój najsilniejszy zmysł .... czyli "Zapach wspomnień"

Odpowiadając na pytanie postanowione w tytule posta, musiałabym szczerze przyznać, że dominujący był u mnie zawsze wzrok. Później zaczęło się to zmieniać i obecnie jest nim słuch.

Teraz jednak kiedy oglądam "Pachnidło" naszła mnie refleksja, jak istotną rolę pełni w naszym życiu węch. A to z kolei przywołało wspomnienia przeczytanej powieści Eweliny Kłody "zapach wspomnień".

Historia jakich wiele. Trzy rodziny, trzy matki i trzy córki, opisane według dość klasycznego modelu, z mniej i bardziej skomplikowanymi relacjami. Trzy przyjaciółki. Trzy zupełnie różne sytuacje życiowe. I trzej mężczyźni.

W opowieści, na przykładzie bohaterów dochodzi właściwie do przeglądu całego społeczeństwa i najbardziej aktualnych jego problemów. Cicha przemoc domowa i niemoc kobiet, poświęcenie dla rodziny, rozwody i trudności w budowaniu relacji, poświęcenie dla rodziny, narkotyki, dokuczanie w szkole, wykorzystywanie sieci społecznościowych dla upokorzenia, śmierć dziecka, zagubienie, płacz, smutki, radości, pierwsze rozczarowania i miłości. Mamy w tym zakresie do czynienia z pewną dwutorowością - z jednej strony opisane są szkolne przeżycia dziewczyn - licealistek, a z drugiej - ich dorosłych <?> matek. Ewelina Kłoda dobrze jednak pokazuje, że nie są to dwa odrębne światy, że przenikają się wzajemnie, mają na siebie niesamowity wpływ, że żaden z nas nie jest samotną wyspą, a nasze działania lub bierność mają konsekwencje, których często nie jesteśmy w stanie przewidzieć.

Książka zrywa ze schematami. Pokazuje, że kobieta, która należy do tzw. elity, jako prawnik, nie jest jednak wyłącznie kobietą sukcesu, że sięgając głębiej jest być może słabsza niż inni. "Kura domowa", która poświęca się dla dzieci i czerpie z tego radość nie jest pozbawiona ambicji. Dziennikarka, która z pasją pisze reportaże może czuć się zagubiona jeśli nie jest w stanie pomóc innym. Ostatecznie, nie żyjemy przecież wyłącznie dla siebie, prawda?
W szczególności poruszyła mnie historia Basi, wspomnianej pani domu. Patrząc z szerszej perspektywy zdałam sobie sprawę ile w życiu poświęciła dla mnie moja mama. I chociaż nie przeszkodziło jej to w realizacji swoich ambicji i planów to jednak podziwiam ją za to, że była w stanie połączyć wszystkie elementy - zarówno życia rodzinnego jak i zawodowego w jedną całość.


Oprócz smutnych wątków jest jednak również wiele okazji do uśmiechu. Wraz z kolejnymi stronami budzi się w nas nadzieja, że niezależnie od tego jak szalone jest życie możemy znaleźć kogoś kto przy nas stanie, kto wesprze nas w trudnościach. Najważniejsze to jednak nie bać się o nich rozmawiać, płakać, krzyczeć, wyrzucić z siebie wszystko. Osobiście uważam bowiem, że najgorsze są niedopowiedzenia i to one budują mury pomiędzy ludźmi. Widać to dobrze na przykładzie pary która w książce straciła dziecko.

Jedyne czego mi zabrakło to więcej nawiązania do tytułowego "zapachu". Oczywiście nie chodzi o to, aby ten motyw przejawiał się na każdej stronie, ale tak naprawdę autorka odwołała się do niego tylko dwa razy w całej powieści. W dodatku, dwukrotnie do tego samego zapachu - pomarańczy. Moim zdaniem ciekawiej byłoby gdyby każdy z bohaterów miał jakiś swój "zapach wspomnień" i była w tym zakresie chociażby mała wzmianka.
Więcej uwag do powieści nie mam.

Jeśli jest ci źle, czujesz się smutny, nie masz energii do działania, a wszystko zdaje się szaro-bure i nijakie z pewnością ta książka oderwie cię od własnych rozterek i pozwoli spojrzeć na życie obiektywnie. Zdecydowanie warto przeczytać, bo 600 stron znika niepostrzeżenie.





sobota, 9 czerwca 2018

czego nie można kupić czyli "Jak Pokochać Centra Handlowe".

Pokolenie X, Y czy Z?
millenialsi?
baby boomers?

Każda z tych grup pokoleniowych charakteryzuje się pewnymi wyjątkowymi cechami.
Przynajmniej tak twierdzi Internet.
Jak jest w rzeczywistości ciężko stwierdzić.
Wydaje się jednak że niezależnie od twierdzeń wszystkie te grupy mają jedną cechę wspólną. Bez względu na datę urodzenia, płeć, znak zodiaku, kolor włosów czy karnację funkcjonują w świecie konsumpcjonizmu. Świecie, który na każdym kroku krzyczy : "kup, kup! kup więcej!". Świecie, który narzuca role, mówi co trzeba robić, jak kreować swój wizerunek co uwydatniać, a co ukrywać.

Książka Natalii Fiedorczuk opisuje tą rzeczywistość w słodko-gorzki sposób.

Sam tytuł oraz początkowe rozdziały sugerują, że książka będzie się skupiała właśnie na temacie wiecznie kręcącego się kołowrotka sprzedaży i marketingu. Niektóre sieci sklepowe łatwo rozpoznać, przy innych trzeba się pogłowić.

Nie dajcie się jednak zwieść pozorom!
Z czasem autorka rozszerza swój punkt widzenia i przechodzi do opisywania historii matki/matek zmagających się z problemami depresji poporodowej, niemocy, zniechęcenia.....

"Ogarnęła mnie niemoc" - czy od czasu do czasu każdy nie ma takiej myśli? Podstawowa różnica pomiędzy kobietą a mężczyzną polega jednak na tym, że w takim wypadku ta pierwsza musi zakasać rękawy, wykonać swoją pracę zawodową, zaopiekować się dzieckiem, przygotować obiad dla męża.... Kto jej podziękuje? Mąż? Pan "cały-czas-siedzisz-w-domu-czym-jesteś-zmęczona?". Nieważne że kawa przygotowana o 8.00 stygnie do 20 wieczorem, bo nie ma chwili żeby ją wypić.
Oczywiście, nie zaprzeczam, że są panowie który czynnie pomagają w funkcjonowaniu domu, interesują się, troszczą, dbają, ale nie na nich skupia się pisarka.

Powieść jest gorzka i zdecydowanie skłania do przemyśleń. Nie można jednak zaprzeczyć, ze każda (każdy?) z nas odnajdzie w niej siebie, jeśli nie w całości to przynajmniej w części. Autorka wspomina, że sama mierzyła się z problemem depresji. Nie każdy jednak potrafi ubrać swoje przeżycia w słowa w tak dobry, oszczędny, ale wnikliwy sposób. Jednocześnie mówi o własnych przeżyciach, ale również zachowuje dużą dozę obiektywizmu. Szczególnie doceniam zwłaszcza wprowadzoną w końcowej części książki podwójną perspektywę, w której bohaterka patrzy na siebie niejako "z góry". Zupełnie jakby tym rozdwojeniem chciała zmusić do refleksji na temat tego, że mamy wolną wolę, ale wrośliśmy w schematy, które nas ograniczają i których ciężko, o ile w ogóle można się wyrwać.

Książka nie jest "przegadana". Pozostawia wiele niedomówień, które można interpretować na wiele różnych sposobów, dostrzec wiele ukrytych znaczeń. Jestem niemal pewna, że odbiór tego tekstu jest w znacznym stopniu zdeterminowany także przez sytuację w jakiej znajduje się czytelnik. Inaczej zrozumie ją matka i zona z odchowanymi dziećmi, inaczej kobieta, która urodziła pierwsze dziecko, inaczej narzeczona u progu nowego życia. Z tego tez powodu pewnie za jakiś czas sięgnę po nią znowu, żeby zweryfikować czy będę ją postrzegać inaczej.

Tylko na marginesie, zaznaczę jeszcze, że atutem są krótkie rozdziały. Pozwalają one nabrać dystansu i niejako "otrząsnąć się" przed kolejnymi porcjami wrażeń podawanymi w małych dawkach.


Zdecydowanie warto przeczytać. W końcu nagroda "Paszportu polityki" nie kłamie - w tym wypadku okazała się całkowicie zasadna i zasłużona.



 

niedziela, 27 maja 2018

kochajmy dobrą literaturę

List of shame…. czyli o pozycjach niedokończonych.  


Za każdym razem kiedy odkładam na bok niedokończoną książkę mam wyrzuty sumienia. Ktoś się napracował, napocił, napisał - a ty nie chcesz jej przeczytać? Jak możesz?

Dokładnie pamiętam kiedy pierwszy raz zachowałam się w ten sposób - to było jeszcze w podstawówce, na początku mojej czytelniczej kariery. Nie pamiętam tytułu, ale opowieść była skonstruowana na kształt kryminału - oczywiście dostosowanego do kilkunastolatków.

Od tamtego zdarzenia minęło już trochę czasu, a lista książek na liście "próbowałam, ale nie mogę" powiększyła się. Zmieniło się bowiem moje podejście - jeśli coś mi nie odpowiada - z różnych powodów - nie będę się przecież zmuszać i męczyć. Z pewnością znajdzie się cała rzesza innych osób, które będą w stanie wychwalać daną pozycję.

W dzisiejszym wpisie - krótka lista lektur, które nie trafiły w mój czytelniczy gust wraz z uzasadnieniem - w kolejności przypadkowej

"Endgame. Wezwanie" - początkowo zapowiadało się ciekawie. Po kilkunastu stronach nagromadzenie przypadkowych danych, liczb zaczerpniętych niewiadomo-skąd i brak realizmu zaczął mnie przytłaczać. Nie pomogły recenzje, które zapewniały że warto, bo głębszy sens wszystkiego wychodzi na jaw dopiero po pewnym czasie. Myślę, ze dla mnie pozostanie on jednak ukryty.

"Jak się zakochać w facecie, który mieszka w krzakach" - przebrnęłam przez mniej więcej połowę. Ta historia jest tak nierealistyczna że nie mogę jej znieść. Niektórzy mogliby w tym miejscu zarzucić mi brak romantyzmu i wiary w uczucia, ale błagam..... Podczas lektury fruwałam myślami, bezwiednie przewracając kartki, a najsmutniejsze jest to, że mimo tego roztrzepania nie przegapiłam chyba nic istotnego. Moim zdaniem tej opowiastce, bo tak należałoby ją określić, brakuje akcji i jakiegoś punktu kulminacyjnego. Nie, dziękuję

"Jasna godzina" - jeśli masz tendencje do zamartwiania się - szczerze polecam! Na poważnie - historia kobiety, która dowiaduje się że ma raka jest fantastyczna, bez żadnego sarkazmu. Autorka opisuje jej zmagania, potyczki, porażki, małe pozorne zwycięstwa. Czyni to subtelnie i z wprawą. Jednakże tematyka jest na tyle przygnębiająca, że w trakcie czytania czujesz się - przepraszam za wyrażenie - jakby wyciągnęli z ciebie wszystkie flaki. Lepiej nastawić się na emocjonalną huśtawkę i koniecznością wielokrotnego odkładania i wracania to treści

"Siedem sióstr" - właściwie nie wiem czemu go odłożyłam. Może to kwestia wieku? Chyba nie jestem już w tej grupie docelowej

"Srebrny łabędź" - z opisu brzmiało jak połączenie "Plotkary" i "Pretty Little Liars".  Taki koktajl nie zakończył się jednak dobrze. Drażniły mnie i zdania, które wydawały się krótkie, urywane i jakieś nieskładne, i treść - wszystko działo się szybko, zupełnie jakby autorka tylko ślizgała się po powierzchni stosując dziecięcą narrację (a ja powiedziałem, a ona powiedziała, a ona odpowiedziała) i przerysowani bohaterowie. Trochę dla mnie za płytko i bez motywu przewodniego

"Hormonia". Generalnie lubię Natasze Sochę - z przyjemnością przeczytałam Awarię Małżeńską, Przyjaciółki i śmiałam się w głos przy "Macosze". ta pozycja jednak mnie nie porwała. Cóż, każdemu może się zdarzyć słabszy dzień

"Życie w średniowiecznym zamku" - zdobyta w konkursie. Leży na pólce i jak do tej pory nie zachęcił mnie nawet blurb, który nawiązuje treścią do G.R.R. Martin

"Dwór cierni i róż" - pewnie do niego jednak za jakiś czas wrócę - jak już Internet przestanie huczeć i książka będzie już passe zacznę przeżywać wszystkie emocje. Na razie, od początku, za bardzo przypomina mi Igrzyska śmieci, a główna bohaterka - Katniss

"Kropla zazdrości, morze miłości" - po kilku stronach zaczęłam się zastanawiać czy to kolejny tom serii którą czytam nie po kolei. Sprawdziłam. Okazało się że nie. Odłożyłam, bo chyba nie byłam w stanie się skupić. P.S. Nową książkę Sońskiej oczywiście mam już na liście "do przeczytania".

"Projektantka" - jako jedyna z tej listy wymęczona do końca, ale gdyby ktoś zapytał mnie co o niej sądzę odpowiedziałabym że właściwie nie mam pojęcia co się tam wydarzyło. Książka nieźle przeciąga psychicznie, zwłaszcza to zakończenie...…


A jak to wygląda u was? 
Macie swoje pozycje niedokończone?
Dajcie znać.
Pozdrawiam, 
Aga

sobota, 19 maja 2018

A jakie jest twoje skojarzenie z wiosną?


Dotyk Słońca, Karolina Wilczyńska




Sobotni poranek. Promienie słońca leniwie prześlizgują się przez szczeliny w rolecie delikatnie wybudzając mnie ze snu. Nigdzie nie musze się spieszyć, nigdzie nie muszę pędzić. Dziś mogę powylegiwać się w pościeli przy otwartym oknie, posłuchać śpiewu ptaków i wreszcie odpocząć i odetchnąć po szalonym tygodniu biegania i załatwiana całej listy spraw.
Czy może być lepsza lektura niż coś co samym tytułem nawiązuje do Słońca?
Cykl Karoliny Wilczyńskiej o przyjaciółkach z Kwiatowej już od pierwszego tomu poprawiał mi nastrój. Dostosowanie kolejnych tomów do zmieniających się pór roku to ostatnio bardzo popularny zabieg w literaturze, do którego nawiązuje wiele autorek jak choćby Magda Majcher.
3 tom serii opowiada o nieśmiałej nauczycielce, Róży – pogodnej, skromnej, którą co poniektórzy mogliby wręcz określić mianem pruderyjnej i zacofanej. Ta książka ukazuje bohaterkę z nieco innej perspektywy. Skupia się bowiem na jej życiu uczuciowym, które wcale nie jest takie niewinne jak można sądzić. Na skutek pojawienia się w jej życiu dawnej miłości Róża zachodzi w ciążę. Warto dodać, że nieplanowaną. Tatuś dziecka nie bardzo jest z tego powodu szczęśliwy. Zwłaszcza że od słowa do słowa wychodzi na jaw, że ma żonę i dwójkę innych dzieci. Wspaniałą historia, prawda? Od tej pory Róża musi sobie radzić w nowej rzeczywistości. Dobrze że ma 4 przyjaciółki, które będą ją wspierać niezależnie od wszystkiego.
Jeśli chodzi o samą strukturę serii, początkowo raził mnie sposób prowadzenia narracji – nie byłam przyzwyczajona do przyjęcia konwencji „rozmowy” z czytelnikiem. Wystarczyło kilkanaście stron lektury żeby przywyknąć. Od tej pory czuję się jakbym sama była jedną z przyjaciółek z „klubu kapciowego”. Za plus poczytuję także podział historii na dwie części. W pierwszej, przeważającej głos ma główna bohaterka danego tomu, w drugiej – pałeczkę przejmują pozostałe przyjaciółki. Dzięki temu możemy spojrzeć na  sytuację z wielu różnych punktów widzenia co zapewnią duża dawkę obiektywizmu i sprawia, ze lepiej poznajemy wszystkie bohaterki i ich podejście do wielu spraw. Każdy ma przecież prawo do własnego spojrzenia na sprawę, każdy skupia się na innych elementach stanu faktycznego i dopiero ich konfrontacja daje całość. Zupełnie jak puzzle, które ukażą obraz dopiero kiedy są w komplecie.
Dobrze poruszony jest temat macierzyństwa – zarówno z punktu widzenia kobiety, która ma już dzieci, tej która dopiero będzie je miała, dziewczyny która planuje je w przyszłości jak i tej, która z uporem twierdzi, że nie nadaje się do tej roli. Karolina Wilczyńska dotyka skomplikowanego i delikatnego wątku relacji pomiędzy matkami i dorosłymi dziećmi, które wychowały się w patologicznych rodzinach. Moim zdaniem jednak wątek ten należałoby w książce nieco pogłębić, bo czuję niedosyt. Zupełnie jakby autorka nie czuła się na siłach żeby go rozbudować. Z drugiej strony sprawia to jednak, że czytelnik wiele kwestii musi przepuścić przez własny rozum, rozpatrzyć w kontekście własnych doświadczeń i przeżyć.
Książka ma pogodny tytuł i zapowiada lekką, przyjemną historię. Nie można się jednak dać zwieść pozorom! Oczywiście, nie da się zaprzeczyć że lektura sprawia że przenosimy się w inny świat, po raz kolejny spotykamy ze znanymi postaciami i lepiej je poznajemy, możemy się odstresować. Z drugiej strony, trzeba pamiętać że historie Karoliny Wilczyńskiej są realistyczne, głęboko osadzone w rzeczywistości a co za tym idzie nie idealizują rzeczywistości. Autorka pokazuje zarówno radości jak i troski bohaterek, lęki, troski, obawy, plany, marzenia – wszystkie te elementy, które składają się na zakres pojęcia „życie”.
„Dotyk słońca” doskonale wpisuje się w konwencję całego cyklu „roku na kwiatowej” uzupełniając go, a jednocześnie zachowuje odrębny charakter. Ostatecznie bowiem, ton dostosowany jest do głównej bohaterki – Róży, jednocześnie tak podobnej i tak różnej od pozostałych pań – Malwiny, Liliany i Wioletty.
Czekam niecierpliwie na kolejną, „letnią” cześć J
A w międzyczasie – planuję nadrobić „wiosnę” w wydaniu wspomnianej już Magdaleny Majcher :)
Trzymajcie się słonecznie :) 
  






 






x

środa, 2 maja 2018

weekend!


majowo - weekendowo:)
wszyscy grillują i wypoczywają na dworze, więc warto przenieść się z książkami w plener.
nie ma recenzji, co nie znaczy że nie cieszę się dobrą lekturą
A co tam u was?






Zmiany, zmiany.....

I wtedy przyszedł maj..... Długo nie było mnie na blogu i kiedy spojrzałam na datę ostatniego wpisu szczerze mówiąc nieco się przestra...