czwartek, 17 sierpnia 2017

Pudełko

PUDEŁKO


Punktualnie o ósmej rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Może i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że była sobota, a ja mieszkam na ósmym piętrze. W bloku bez windy, w centrum miasta. Zignorowałam go. „Kimkolwiek jesteś, idź sobie” – pomyślałam przekręcając się na drugi bok i zakrywając głowę kołdrą. W myśl dziecięcej zasady – skoro mnie nie widać to mnie nie ma. Niestety, osobnik za drzwiami wydawał się tego nie rozumieć. Zadzwonił drugi raz. Może dobrym pomysłem byłby demontaż tego ustrojstwa? Jakby w odpowiedzi na moje pytanie za trzecim razem zamiast dzwonka rozległo się łomotanie w drzwi. No! Teraz to już naprawdę dosyć!- zerwałam się z łóżka gotowa powiedzieć kilka słów, których nie znajdziecie w żadnym słowniku języka polskiego (ani obcego). Niestety, moja gorycz nie miała dzisiaj znaleźć ujścia. Za drzwiami nikogo już nie było. Za to na progu leżało brązowe pudełko przewiązane białą kokardą w czerwone grochy.
-Witaj muchomorze – mruknęłam spoglądając na nie nieufnie. Może ten dobór kolorów wcale nie był przypadkowy? Może ktoś próbuje wysadzić nas w powietrze i w środku jest bomba? Rozglądam się po korytarzu, ale panuje niczym niezmącona weeendowa cisza. Zostawić je tu? Zabrać do środka? Może od razu wrzucić do zsypu? Żadna z tych opcji nie wydaje się dość dobra. Gdyby był inny dzień i inna pora pewnie zastukałabym do drzwi któregoś z sąsiadów z prośbą o poradę, a tak…. No nic, jednak wezmę je do środka. Poczekamy, zobaczymy.

**
Pudło stoi na stole w kuchni od trzech godzin. Nadal nie wiem co jest w środku. Ale trzeba przyznać, ze prezentuje się nieźle. Krążę wokół niego jak sęp nad padliną. W efekcie, nadal jestem w piżamie, a wszystkie plany jakie na dziś miałam zostały odłożone na bok. Teraz już chyba mogę postawić na nogi innych mieszkańców piętra?
Dzwonię (tym nieszczęsnym dzwonkiem, który to wszystko zaczął ) do sąsiedniego mieszkania. Jego właścicielką jest niewiele ode mnie starsza dziewczyna, absolwentka ASP, „artystka”. Przynajmniej sama tak o sobie mówi. Większość starszych mieszkańców określa ja nieco innym mianem, ale jak dotąd nie wzięła sobie tego do serca. Ale kto może mi pomóc rozwikłać zagadkę opakowania lepiej niż domniemany  znawca sztuki współczesnej?
-Co to jest twoim zdaniem? – pytam bez żadnego przywitania się.
- Pudło – ziewa rozdzierająco, a potem wciąga opary unoszące się znad kubka z kawą.
- Odkrywcze. Co to robiło na moim progu. Jestem w stanie uwierzyć że to twoja robota.
- Następna. – mruczy pod nosem
- Co?
- Słonko, nie jesteś dzisiaj pierwszą osobą, która dzwoni do mnie z pretensjami, ze śmiecę w bloku. – śmieje się szyderczo – Żaden z ciebie oryginał. Wejdź, posiedzimy sobie, pogadamy…. – otwiera drzwi szerzej i moim oczom ukazuje się zgromadzenie kilkunastu osób siedzących na różnych krzesłach, z różnymi kubkami w dłoniach, a centrum tego obrazka stanowi identyczne jak moje pudełko. Wszyscy się w nie wpatrują. Zupełnie jakby było magiczne.
- Ale…nie rozumiem. To nie jest twoja robota? – pytam skonsternowana
- Zwariowałaś? Wchodź do środka, bo przeciąg.
Wchodzę nadal trzymając swojego „podrzutka” pod pachą. Oczy wszystkich na sekundę przenoszą się na mnie, ale zaraz powracają do centralnego punktu przedstawienia. Nikt nic mówi, cisza jak makiem zasiał. Czując się trochę niezręcznie, sięgam po leżącą gdzieś z boku poduszkę (krzesła najwyraźniej się już skończyły) i siadam na podłodze.
- Czy…. ? – otwieram usta, żeby coś powiedzieć
- CICHO!!! – uderza we mnie cały chór głosów, wiec milknę posłusznie. Wytrzymuję pięć minut. Zaczynam bawić się kokardą. Wstaję i idę po szklankę wody. Wychodzę do toalety. Drętwieje mi noga, więc robię trzy kroki zanim zebrani znowu rzucają mi mordercze spojrzenia. Liczę wszystkie książki w pokoju. Minęło pół godziny. Nikt nie zmienił pozycji, nikt nie oderwał wzroku od pudełka. Niektórzy chyba nawet nie oddychają. I wątpię czy w obecnym stanie ktokolwiek poza mną zauważyłby gdyby nagle ktoś zasłabł, albo że na dworze rozpętała się burza z piorunami. Co ja tu właściwie robię?
- Chodź – z zamyślenia wyrywa mnie jakiś głos. Kolega z piętra niżej wyciąga do mnie rękę i pomaga dźwignąć się z podłogi. Idziemy razem do kuchni.
- Jak długo już tak siedzimy? – pytam. Czas przepływa mi przez palce jak na jednym z tych obrazów, które ukochała sobie moja siostra.
- Nie mam pojęcia, ale wiem, ze dłużej już nie wytrzymam. Czuję się jak…. No, niezbyt inteligentnie jak tak wpatruje się jak…. No, zwierzę w to… to coś.
- Nie gadaj. Szczerze mówiąc przyszłam tutaj bo myślałam, ze razem obgadamy co z tym, tym czymś zrobić. A tutaj nie ma nawet możliwości odezwania się słowem. Wszyscy nagle jakby ogłupieli.
- A może po prostu zobaczymy co jest w środku, co?
- Czy to nie jest trochę za proste? I w sumie czemu nie zrobiłam tego od razu? Bomba? Dajcie spokój.
- Też myślałaś ze to bomba?
- Tak, też się naoglądałam za dużej ilości seriali i moja wyobraźnia sięgnęła szczytu. Albo dna, zależy jak na to spojrzeć.
- Otwieramy?
Kiwam głową. Mam już dość. Nie pozwolę się ogłupiać. Ciągnę za kokardę z jednej strony, a kolega z drugiej.
BUM!!!!
Żartowałam. Nie dzieje się nic. A wiecie dlaczego? Bo dokładnie to znajduje się w pudełku. Piękne opakowanie ukrywa w swoim wnętrzu wyłącznie powietrze.
Nie wiem jak się teraz czuję. Ulga? Radość? Złość? Wszystkiego po trochu.
- Trzeba im powiedzieć. Wszyscy tylko marnujemy tu czas. I po co? Dla czego? Żeby sobie popatrzeć na atrapę? – ruszam w stronę dużego pokoju.
- Nie! Stój, poczekaj! Nie sądzę żeby to był dobry pomysł….!
- Słuchajcie wszyscy – zaczynam, ignorując i gniewne spojrzenia i słowa kolegi – w tym pudle nic nie ma! Sprawdziliśmy to! Lepiej wróćmy do domu, do rodzin, do przyjaciół, cieszmy się dniem…..
- Zamknij się! – krzyczy na mnie staruszka z pierwszego piętra z zaskakującą żywotnością – czy ktoś cię pytał o zdanie ty głupia dziewczyno? Jestem pewna że w środku jest coś pięknego!
- Dokładnie! Jak choćby zestaw biżuterii! – dołącza się zestresowana mężatka, która jest prześladowana przez męża i wykończona opieką nad trójką małych dzieci, o czym wybitnie świadczą cienie pod jej oczami.
- Albo zestaw stereo! – krzyczy meloman z mieszkania numer 10
- Albo tort! Ciasto! Cukierki! Czekolada! – trójka dzieci podskakuje z radości i już, już wyciąga małe, pulchne łapki od opakowania, ale zaraz dostają po nich od matki. „Ręce przy sobie” – mówi jej groźny wzrok.
- Tak! – staruszka, która rozpoczęła tę dyskusję kiwa głową – Oto, proszę państwa, mamy przed sobą osobę, która jest przykładem herezji. Nie wolno nam jej słuchać! – w jej oczach pojawiają się iskierki. Oj, niedobrze! – Nie wolno nam jej słuchać!
- Nie wolno! – nagle cały tłum ludzi zrywa się z krzeseł i rusza w moją stronę.
- Uciekaj! – krzyczy kolega i wyciąga mnie z mieszkania w ostatnim momencie. Za drzwiami słychać już tylko krzyki i łomot.
- Co się właśnie stało? – szepczę przestraszona
- Widzisz, wcale nie chodziło o to, co jest w środku. To nie ma najmniejszego znaczenia. Każdy z nich widział w nim dokładnie to, co chciał zobaczyć. Liczyło się piękne opakowanie – dzięki temu mieli pożywkę dla wyobraźni. Nikomu nie zależało żeby sprawdzić co jest w środku. Nie chcieli tego wiedzieć. Wystarczyło im to, co jest na powierzchni.
- To twoja sprawka – otwieram szeroko oczy.
- Oczywiście- wzrusza ramionami. – Jestem chaosem. Moje zadanie polega na tym, żeby ogłupiać, omamiać.
- Ale…. Nie rozumiem dlaczego mnie w takim razie stamtąd wyciągnąłeś.
- Jesteś inna. Widzisz więcej, to co pod powierzchnią. Jesteś skłonna do refleksji. Ciebie nie  trzeba ogłupiać, bo z tymi cechami charakteru i tak w dzisiejszym świecie długo nie pociągniesz.
- Mam inne zdanie na ten temat.
- życzę ci w takim razie powodzenia. I udanej soboty. A zapowiada się ciekawie, jeśli wziąć pod uwagę fakt, co dzieje się w środku tamtego mieszkania- śmieje się złośliwie i schodzi schodami.
Kiedy przytomnieję na tyle, żeby za nim spojrzeć nie ma go już w zasięgu wzroku. Zniknął.


wtorek, 15 sierpnia 2017

Słów kilka o tym jak nalezy się żegnać.


„POZDRAWIAM I PRZEPRASZAM” 




Wszystkie siedmiolatki zasługują na superbohaterów. Tak po prostu jest. A jeśli ktoś się  tym nie zgadza, jest głupi"

Książka Frederika Backmana pisana jest z perspektywy siedmioletniej (wkrótce ośmioletniej) Elsy. Czy to imię nie brzmi znajomo? Osobiście kiedy ją czytałam miałam przed oczami pewną Disneyowską księżniczkę. I to porównanie wcale nie jest dalekie od rzeczywistości. Od początku  wyraźnie zaznacza się silny związek głównej bohaterki z babcią, która wcale nie zachowuje się jak typowa staruszka. Bo która z babć strzela z pistoletu do paintballu do sąsiadów. Albo włamuje się do zoo i rzuca błotem w policjantów?

Na tle skomplikowanych relacji rodzinnych pomiędzy matką, a babcią mała Elsa stara się odnaleźć po śmierci najbliższej jej osoby. W tym miejscu historia zaczyna nieco przypominać tą opisaną w powieści „P.S. Kocham cię”. Babcia bowiem zostawia swojej wnuczce listy, które ma dostarczyć sąsiadom. Listy w których babcia „pozdrawia i przeprasza”. Dzięki nim Elsa poznaje lepiej zarówno babcię jak i mamę i uświadamia sobie, że wszystkie historie jakie do tej pory znała mają więcej wspólnego z rzeczywistością niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

Za duży walor całej  historii uważam umiejętnie prowadzoną narrację. Elsa jest wyjątkowo inteligentna jak na swój wiek – „inna”, dzięki czemu możemy obserwować jak postrzega rzeczywistość dziecko nad wiek rozwinięte. Nie brakuje w tym elementów komicznych, podobnie jak miało to miejsce w „Mikołajku”. Ponadto, atutem jest stworzenie przez Backmana nowego, fantastycznego świata. Może daleko mu do Hogwartu czy Śródziemia, ale moim zdaniem dzieło tego autora również zapisze się w kanonie klasyki.

Oczywiście potrzeba czasu, aby w pełni wczuć się w książkową rzeczytwistość. Początek, w którym brakuje dialogów a dominują opisy sprawia, że mija trochę czasu zanim zrozumie się podstawowy cel tej historii, jednak po kilkudziesięciu stronach czytelnik nie jest w stanie oderwać się od lektury.

Książkę polecam szczególnie osobom, które czują się zagubione w otaczającej ich rzeczywistości, czują że pod jakimś względem do niej nie pasują. Ponieważ mamy tu ukazany cały katalog postaci, które stopniowo znajdują swoje miejsce książka niesie nadzieję, ale także cały katalog innych emocji – wzruszenie, smutek, radość, rozczarowanie, ulgę. Krótko mówiąc: „Pozdrawiam i przepraszam” to opowieść, która przedstawia prawdziwe życie z jego blaskami i cieniami. 
P.S. Czy tylko ja w czasie lektury miałam przed oczami pewną konkretną księżniczkę Disneya? Propsy dla Elsy w Hogwarcie!


sobota, 12 sierpnia 2017

Każdy ptak jest stworzony do latania - słowik K.Hannah


"SŁOWIK"


Paryż.
Paryż to cudowne miasto. 
Pełne świateł, sztuki, kultury, piękna. 
Miasto miłości.
Czy również w czasie wojny?
Książka K. Hannah ukazuje historię dwóch sióstr, które różni wszystko – wiek, środowisko życia, podejście do rzeczywistości, relacje z innymi ludźmi. W ostatecznym rozrachunku okazuje się jednak że mają ze sobą więcej wspólnego niż można by przypuszczać.
Czy da się zmierzyć odwagę? Czy można mówić, ze ktoś jest „mniej” lub „bardziej” odważny. Przecież ta cecha oznacza tylko pokonywanie własnych barier. I to właśnie w czasie wojennej zawieruchy robią obie bohaterki. Wygrywają z sobą i z rzeczywistością ryzykując życie. Czy obie przeżyją wojnę?
Wyraźnie widać, że zanim przystąpiła do pisania autorka porządnie przyłożyła się do zbadania historii. Wykreowana przez nią rzeczywistość oraz sylwetki bohaterów zdecydowanie przemawiają do wyobraźni. Za duży plus uważam także ukazanie kontrastu między siostrami – szaloną Isabel i bojaźliwą, wycofaną (przynajmniej do czasu) Vianne. Doskonale ukazano także transformacje zachowania i podejścia sióstr do rzeczywistości co w efekcie dowodzi, że więcej było między nimi podobieństw niż różnic.
Książka kończy się w zaskakujący, ale nie rozczarowujący czytelnika sposób. Fragmenty powieści, w których czasy współczesne przenikają się z przeszłością przypominają stylem formę pamiętnika. I tutaj również styl pisania pisarki nie rozczarowuje. Nie każdy jest w stanie zrobić to umiejętnie. Część pisarzy popada w niepotrzebny patos. Czego udało się autorce uniknąć.
Styl pisania, o którym już wspomniałam, narracja, dobór słów oraz tematyka sprawia, że być może nie jest to powieść dla osób o słabych nerwach. Realizm, z którym K. Hannah ukazuje okrucieństwo wojny oraz wojenną rzeczywistość może spowodować, że niektórzy z pewnością wielokrotnie będą chcieli odłożyć książkę na półkę. Moim zdaniem jednak, taki właśnie jest cel tego utworu. Ma wzbudzać w nas emocje, skłaniać do refleksji, wywoływać refleksję. I ta książka, z pewnością cel ten spełnia całkowicie.


poniedziałek, 17 lipca 2017

Plany czytelnicze

Kocham i nienawidze blogosfery książkowej jednocześnie.
Bo jak tu cokolwiek zaplanować i doprowadzić do szczęśliwego końca kiedy wciąż pojawiają się nowe pozycje.

Oczy pieką, prąd przestaje płynąc, bateria na czytniku pada...
Wnosze o refundację kropli do oczu dla wszystkich czytelników!

Nie wiadomo na czym się skupić..
Dlatego nie robię planów ani podsumowań, przynajmniej z zasady. Bo i tak zwykle kończy się tym ze idę na spontana. Teraz na przykład w oczy rzuciła mi się książka 'projekt królowa'. zobaczymy co z tego wyjdzie ;-)

Żerca czyli nie taki diabeł straszny!

Żerca

Przyznam się szczerze, że tę książkę czytałam na elektronicznym nośniku. W nocy. Pod kołdrą. Po ciemku. W upale lipcowej nocy. Tworzyło to dodatkowy klimat :)

Sam tytuł może i nie jest jakoś specjalnie zachęcający. Kojarzy się w pierwszym odruchu jakoś tak negatywnie ( no bo proszę Was - żer-, żerować, żreć, zżerać - no, krótko mówiąc, niesympatycznie), ale jednocześnie ma wiele wspólnego z treścią. Ale do rzeczy.

Katarzynę Berenikę Miszczuk zaliczam do ulubionych autorów, od czasu kiedy miałam styczność z jej trylogią "Ja, diablica". I chociaż tamtej nie skończyłam, to serię o Gosi Brzózce niemal połykam z każdym kolejnym tomem.

Zacznijmy od pomysłu - co by było gdyby Polska nie przyjęła chrztu? Nie wdając się w tematy polityczno-kabaretowo-satyryczne (w których głównym prezenterem wiadomości mieliby być księża) to pewnie właśnie tak. Swarożyc, Mokosz, Weles, swaćby i rytuały płodności, szeptuchy i (właśnie!) żercy. 

Zdecydowanie takie "polskie sci-fi" podoba mi się bardziej niż wampiry i wilkołaki. Widać że KBM przyłożyła się do pracy i rzeczywiście poszukała wszystkich informacji. I za to - wielki plus!

Poza tym, książkę czyta się bardzo szybko. Akcja jest wartka, nie pozwala się oderwać czy nudzić. A sama postać Gosi w niektórych momentach tak uroczo nieporadnej, zahacza trochę o kolejną "polską Bridget Jones" (jak choćby wtedy kiedy główna bohaterka ląduje w krzakach). To jednak stanowi dodatkową zaletę. Do tej bowiem pory, mieliśmy w polskiej literaturze tylko Judytę z powieści Grocholi (która przecież była dorosłą kobietą!). Gosia (Gosława) natomiast to pierwowzór młodej Bridg.

Teraz może  słowo o samym tytule. Dlaczego uważam, że ma wiele wspólnego z treścią? Nie tylko dlatego, ze ta cześć krąży w dużej mierze wokół postaci nowego kapłana - Witka (Witosława). Jak już wspomniałam - żer, żreć, żerca - w tym tomie serii akcja się bowiem zagęszcza. Na główną bohaterkę czyha coraz więcej mitycznych postaci - nocnice, demony, wąpierze. A przede wszystkim - nieustannie tropi ją bóg ognia - Swarożyc,  z którym zawarła p
akt. Poza tym, nieustannie towarzyszy jej Mokosz, bogini ziemi. I dlatego tytuł ma dla mnie podwójne znaczenie :)

Podsumowując - nie mogę darować autorce tego suspensywnego zakończenia!! I tu (uwaga spojler!) uważam że mogła skupić się na jednym wątku - albo ciąża (i zagrożenie dziecka) albo tajemnica wokół ojca Gosi - zamiast otwierać dwa i nie rozwijać żadnego. Pani Kasiu!! W imieniu wszystkich pani fanów apeluję:  "Proszę pisać szybciej!!"

A tak przy okazji - chętnie zobaczyłabym ekranizację tej serii :) jakie byłyby wasze typy aktorów (niekoniecznie polskich)?



piątek, 7 lipca 2017

Rodzinny biznes


Podczas gdy niemal cała blogosfera książkowa tworzyła podsumowania miesiąca i tworzyła TBR na kolejny miesiąc ja się zapuściłam i jedyne co stało mi przed oczami to moja praca magisterska i ukończenie studiów.

No dobra, skłamałam - lista książek do przeczytania wydłużyła się w tym czasie do niebotycznie wielkiej ilości, odwrotnie proporcjonalnej do ilości wolnego czasu i wprost proporcjonalnie do rosnących wyrzutów sumienia.


Dlatego tez, dopieto niedawno udało mi się ukończyc książkę, na którą polowałam juz od jakiegoś czasu (tak, mówię szczerze - czekałam aż będzie w bibliotece :P )

Proszę państwa, przed wami "Łańcuch Proroka" L.Montero.

Odnoszę wrażenie, że pierwsza czesć trylogii "Poszukiwacze" była nieco lepsza, ale myślę, że to kwestia tematyki, a nie tego że autor się rozleniwił czy osiadł na laurach. 

Podziwiam Maglano za jego zainteresowanie historią i umiejętnośc jej przemycenia w książkę w tak ciekawy sposób. Widać zdecydowanie, ze jest to  jedna z tych pozycji, przy których autor bardzo sie napracował, bo musiał dokopywać się do wielu informacji i przeprowadzać badania. I za to bardzo duży plus. Poza tym - postać Tirsa uwielbiam od samego początku :) Tylko ten wątek miłosny z Danny - trochę oklepany i zbyt oczywisty.. Wolałabym go jednak chyba z Enigmą.

Plus za suspens z Bańką - serio myślałam, ze go uśmierci, ale czego innego można się spodziewać po osobie, która miała styczność z twórczością G.Martina? ;)

Druga książka Montero jaką przeczytałam pozwoliła mi też dostrzec pewne podobieństwa pomiędzy pisarstwem jego i jego siostry - Carli. Gdybym nie wiedziała że są rodzeństwem może nie byłyby tak wyraźne, ale bogatsza o tę wiedzę dostrzegłam je zwłaszcza w opisach miejsc.

Kiedy skończyłam pierwszą częśc, przeżywałam kryzys, bo wiedziałam że będe musiała czekać na kolejny tom. I w tym wypadku było podobnie (powiedzcie, dlaczego autorzy tak lubią katować czytelników??). Jestem ciekawa jak nasz (były) Poszukiwacz poradzi sobie w nowej roli. Szczerze mówiąc, czytając miałam niejasne przeczucie, że Montero próbował stworzyć hiszpańską alternatywę dla Sherlocka Holmsa. I bardziej ludzką, sympatyczną i czasami nieporadną jego wersję. Trzeba przyznać, że ten eksperyment świetnie mu się udał. Głównego bohatera nie da się nie lubić :)

A co do planów czytelniczych - to jest chyba temat na kilkanaście kolejnych postów. Postaram się jednak ograniczyć do pierwszych 20, no, może 30.


niedziela, 7 maja 2017

Książka podstawą wyobraźni.

Minął ponad tydzień odkąd napisałam ostatni post.

I cisza.

Jako że od tej pory udało mi się przeczytać tylko ! <sic!> książkę - za to taką na którą polowałam od jakiegoś czasu (Wiedeńska Gra, Carla Montero)  a poza tym mierzę się z ponad 800stronicowym "Szczygłem" Donny Tart dzisiaj post o nieco odmiennej tematyce.

Słówko o tym jak wielką siłę oddziaływania ma ksiażka.

Chyba nie muszę nikogo przekonywać, ze ekranizacja Hobbita czy Władcy Pierścieni była fenomenalna, a wyobraźnia reżysera <moim skromnym zdaniem> dorównuje klasie jaką pokazał Tolkien pisząc tę trylogię.




Za jedną z lepszych ekranizacji uważam także zobrazowane powieści Dana Browna - i tu własciwie i "Anioły i Demony" jak i "Kod Leonarda da Vinci". Uwielbiam Hanksa w tej roli :) Nie widziałam jeszcze Inferno, ale jak tylko znajdę chwilę......





A jesli szukacie czegoś lekkiego - polecam "Diabeł ubiera się u Prady". No bo proszę was, Meryl Streep jest dobra na wszystko :)



Oczywiście, zdarzają się też porażki reżyserskie.
Z perspektywy czasu za taką uważam niestety "Opowieści z Narnii". Film podobał mi się kiedy byłam dzieckiem, ale potem jakoś przestał. Zwłaszcza trzecia część, w której doszło do takich niepotrzebnych komplikacji, ze zaburzyło to harmonię całej opowieści :P Gdyby nie Ben Barnes w roli Kaspiana, mogłabym tego nie przeżyć.
Duże nadzieje pokładam zatem w planowanym reboocie "Opowieści z Narnii" - i tu odsyłam do artykułow na filmwebie.







Podobne podejście jak do Narnii mam do filmu "Ostatni władca wiatru". Po wyjściu z kina śmiałam się tylko, ze gdyby w rzeczywistości ludzie walczyli w ten sposób, to zanim wykonaliby cały swój "taniec" ktoś bardziej rezolutny po prostu zakończyłby sprawę lewym sierpowym. Poza tym nie miałam zarzutów.
A potem obejrzałam oryginał, kreskówkę.
I to była kompletna porażka. Kompletna. DNO TOTALNE. Całkiem zrozumiałe dlaczego nie było kolejnych części.


Co do planowanych ekranizacji - ciekawie zapowiada sie KRĄG z Tomem Hanksem, Emmą Watson i Karen Gilian. Dobra obsada, dobra książka i tematyka, duże pole do popisu, a premiera już wkrótce :)


O ile nie jestem fanką kryminałów to "The Snowman" na podstawie powieści Jo Nesbo tez wydaje się interesujący. Moze się skuszę na spotkanie z Harrym? :)

Tyle o filmach. Co do seriali - polecam waszej uwadze mój post gościnny u  Klaudii z bloga "Zaczytana w książkach" - https://zaczytanawniesamowitychksiazkach.blogspot.com/2017/05/blogerzy-polecaja-najlepsze-seriale-na.html#more


A teraz - niestety - powrót do świata - w końcu jutro PONIEDZIAŁEK :P


Dajcie znać jakie filmy/seriale wy polecacie. Tylko nie za dużo, bo czasu nie rozciągniemy :D

Zmiany, zmiany.....

I wtedy przyszedł maj..... Długo nie było mnie na blogu i kiedy spojrzałam na datę ostatniego wpisu szczerze mówiąc nieco się przestra...